Race Across Europe 2019 – 4700km/50000hm non-stop – relacja

Race Across Europe 2019, Wyścigi
26 Lip 2019 13:14

Plan

Plan był prosty. W zasadzie były dwa plany – oba „proste”. Wersja maksymalna zakładała finisz w czasie poniżej 11 dni. Dlaczego akurat tyle? 5 lat temu RAAM zrobiłem w 11 dni 19 godzin i 33 minuty, więc dystans o 100 kilometrów krótszy, po tylu latach pracy, wydawał się rozsądny i ambitny do łyknięcia poniżej „magicznej” jedenastki. Wtedy jeszcze sądziłem, że oba wyścigi RAAM i RAE mają tyle samo przewyższeń, czyli około 50 000 m. Plan minimum zakładał pokonanie zeszłorocznego rekordu trasy Fritza Geersa, czyli 12 dni 7 godzin 5 minut. Fritz to doskonały zawodnik, co widać w wynikach wyścigów, na jego stronie, na fotach i wszędzie… Nawet trochę się dziwiłem, że ten rekord taki „mało wyśrubowany”. Jak się później okazało, wystarczyło pójść w ślady Fritza w RAE, aby odkryć, to co wcześniej było dla mnie taką tajemnicą.

Przed

Ostatnie dni przed datą wyjazdu, czyli 26 czerwca, były wypełnione przygotowaniami. Zarówno ja, jak i 5-osobowa ekipa mieliśmy co robić. Poza tym Kuba ogarniał sprawy organizacyjne i media a Jarek zdalnie pomagał w kwestiach technicznych i nawigacyjnych. W środę po południu ruszyliśmy kamperem razem z Michałem (szefem ekipy) i Darem (fotografem i gospodarzem kampera). Dzień po nas, po wyposażeniu busa w odpowiedni drewniany stelaż wewnętrzny, ruszyli Jarzyn (mechanik rowerowy), Szczecin (kucharz-żywiciel i wideo-operator) oraz Mati (fizjoterapeuta). Każda z podekip po dobie jazdy zameldowała się w hotelu Ibis Budget w Boulogne-sur-Mer nieopodal kanału La Manche we Francji. Od czwartku wieczorem do niedzieli rano, czyli przez 3 noce i 2 dni wiodłem bardzo proste życie polegające na spaniu po 10 godzin na dobę, jedzeniu, trenowaniu, spacerowaniu po pachnącym rybami i winem porcie oraz oglądaniu Netflixa (nigdy nie zapomnę tego serialu o facecie z głową konia). Natomiast życie zespołu toczyło się na ogrodzonym parkingu hotelowym, na którym trwało intensywne zapinanie wszystkiego, co potrzeba, na ostatni guzik przed startem w niedzielę o 10:15. Nie pytajcie mnie na czym to polega. Musiałaby to być osobna relacja. Chłopaki działają na bazie 8-letnich doświadczeń i właśnie robimy z tego gotowy produkt na rynek :). W sobotę, z pewnym opóźnieniem, odwiedzili nas organizatorzy, czyli Joe i David, aby odhaczyć odprawę i obdarować nas naklejkami na wozy i koszulkami na torsy. Opóźnienie z mojej winy – ale w sumie skąd mogłem wiedzieć, że w tym mieście, którego nazwy nigdy nie zapamiętam i nie wymówię poprawnie, jest hotel Ibis i jest hotel Ibis Budget. Na moje szczęście to spokojni Anglicy przyjaźnie nastawieni do rodaków Marii Skłodowskiej (tego z kolei oni nie potrafili wymówić).

Analiza

Startujemy w północnej Francji, niemal przy poziomie morza. W głowie mam, że na początku – Francja, Niemcy – będzie płasko, dopiero Austria to góry. Dlatego na trening dzień przed wybieram się na kozie. Już sam dojazd z hotelu na miejsce startu weryfikuje moje optymistyczne przypuszczenia. Po mozolnym uphillu jest karkołomny zjazd a potem znowu podjazd i tak w kółko. Aż chce mi się śmiać. Po treningu siadam z wykresami z Best Bike Split i odkrywam, że pierwszy płaski teren na czasówkę będzie po 1700 km we Włoszech. Zastanawiam się, czy warto było brać w ogóle ten rower, bo po 4 dobach mogę już nie być w stanie jechać w pozycji czasowej. Z analizy wyszło, że (jeśli w ogóle) pojadę na kozie maksymalnie 500 km z 4700 km całego dystansu.

Start

Niedziela 10:15 nadeszła bardzo szybko. Przede mną startuje 3 zawodników bez wsparcia i jeden z „półwsparciem”, czyli żoną w osobówce. Tniemy na południowy wschód i stosunkowo szybko przeganiam dwóch kolarzy. Przede mną tylko Kev bez wsparcia i Bernard z Moną. Ale zanim ich spotkam mam jeszcze wieczorną przerwę. System jest taki, że dobę dzielimy na 3 mniej więcej równe części. Wieczorem staję tylko na posiłek, w nocy na posiłek, kąpiel i 2-godzinny sen a w południe na posiłek i 1-godzinną drzemkę. Między postojami ja mam szychtę na siodełku a „dwójki” mojej ekipy w busie, czyli pacecarze. Niezmiennie pilnują mnie na zmianę Michał z Matim i Jarzyn ze Szczecinem. Kiedy jedna dwójka pracuje, druga śpi wieziona przez Dara kamperem. To tak w skrócie – rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, ale o to już musicie pytać głównych bohaterów. Po pierwszej wieczornej przerwie zostawiam Kev’a, który stanął w jakimś miasteczku a około 22-ej macham Bernardowi, który prawie regularnie o tej porze kładzie się spać. Moja przerwa nocna zaczyna się zwykle między 2 a 3.

Francja

Francja na tym wyścigu kojarzy mi się z pofałdowanym terenem i ogromnymi polami rozkwitłych słoneczników. Właściwie to pierwsza wizyta we Francji, bo przecież wjadę do niej jeszcze raz. No to jadę wpatrzony w przyklejoną na ramie tabelkę, która pokazuje mi z jaką mocą powinienem kręcić po płaskim z wiatrem z tyłu/przodu/boku oraz na podjazdach z podziałem na % nachylenia a jakimi watami dokręcać na lekkich zjazdach. Na tym etapie i właściwie przez 80-85% trasy udaje mi się do tej tabelki stosować a nawet mam poczucie, że dałoby radę dodać do tego jakieś 10 watów bez ryzyka zajechania się przed metą.

Niemcy

Przez Niemcy jedziemy na wysokości Bawarii. Co jakiś czas na wiejskich podwórkach fanatycznych kibiców piłki nożnej widać okazałe maszty z flagami Bayernu Monachium. To także kraj dróg rowerowych i rowerów elektrycznych, które często mnie wyprzedzają wioząc swoich właścicieli do pracy lub z pracy. To tutaj jest najwięcej objazdów. Naliczyłem ich spokojnie ze 20. Schemat wygląda tak, że zapada decyzja, żebym przedzierał się przez brakujący asfalt, pacecar jedzie objazdem a po całej sprawie Michał raportuje na grupę whats’upową zrzeszającą organizatorów i uczestników, że dany remont da się przejechać rowerem. Zawsze się dało. Jedyną niewiadomą była długość objazdu. Czasem pacecar musiał nadrabiać kilkaset metrów a czasami kilkadziesiąt kilometrów.

Najbardziej pamiętam sytuację, kiedy brakujący asfalt wyglądał na jakieś 200 metrów a objazd na góra 500. Była noc. Pojechałem, ale po minucie, dwóch zamiast swojego busa zobaczyłem auto lokalesa, który przywitał mnie serdecznie i zdziwił czapeczką z napisem „Race Across Europe”. Okazało się, że jechał ten wyścig kilka lat temu a teraz przy pomocy trackingu GPS w Internecie stara się dopingować kolarzy. Trafiłem mu się jako pierwszy i od razu miał zadanie specjalnie – znaleźć mój team, bo zorientowałem się, że objazd jest jednak dłuższy a mi feralnie padła bateria w komórce. Kazał mi jechać do przodu obiecując, że resztą się zajmie. Na końcu objazdu poczekałem i doczekałem się wkrótce na pacecar. Zaraz potem zatrzymała się starsza pani w aucie pytając, czy wszystko w porządku i czy nie potrzebujemy pomocy, skoro stoimy nocą na poboczu. Po krótkiej rozmowie z miłą kobietą ruszamy dalej i oczywiście mija nas a następnie zatrzymuje się spotkany wcześniej kolarz-kibic. Ma ze sobą sześciopak miejscowego piwa i wurst. To prezenty dla nas. Zdumieni dziękujemy i jedziemy dalej. Tak wygląda gościnność i uczynność Niemców. Piękna sprawa!

Kolejne przygody w tym kraju są niestety mniej dla mnie przyjemne. Czy to z nadmiaru słodkości w postaci batonów węglowodanowych czy z nadmiaru rozpuszczalnej kawy z bidonu, narasta we mnie uczucie mdłości potęgowane przez nieustający smród nawozu z bawarskich pól. Na szczęście interwencja zespołu w moją dietę pomaga i po kilku godzinach jazdy na samej wodzie z minimalną ilością słodkich kalorii, sytuacja wraca do normy. Całe szczęście, bo żeby jechać muszę jeść!

Austria

Jazda na południe robi z pagórków góry. Austria to już podjazdy po kilkaset metrów przewyższenia. Nie ma na trasie szczytów i przełęczy znanych z Race Around Austria, ale krajobrazy znajome. Stój! Właściwie to jest jeden podjazd, który pamiętam z RAA. To ten, na którym opadała mi głowa w 2013, w 2016 walczyłem z Achillesem a w 2018 dochodziłem do siebie po halucynacjach spowodowanych brakiem snu. Teraz mam w nogach nieco ponad 1000km, na RAA ten podjazd jest w okolicy kilometra numer 2000. Nie za długa, ale za to mega sztywna wspinaczka, do której trzeba podejść z rozwagą, aby pokonać ją w całości bez postojów. Kilkanaście procent przez dłuższy czas. Zejście z roweru nie daje szansy, żeby na niego z powrotem wskoczyć. Podjazdy powodują ból stóp. Wciąż mam problem, żeby je (podjazdy) pokonywać z większą kadencją. To ograniczałoby siłę, z którą stopy napierają na podeszwy butów. Z drugiej strony angażowałoby to mocnej układ oddechowy a ten podświadomie się broni, spychając całą robotę na siłę mięśni budowanych przez ostatnie 9 miesięcy na siłowni. W efekcie mam to co rok temu – bolące podbicie, z lewej, z prawej, przy palcach, przy haluksach. Cała gama starych i nowych doświadczeń. Dobrze, że jest Mati, który co 8 godzin masuje i chłodzi co trzeba.

Powoli czuję bliskość Słowenii z Dolomitami. Nadchodzi niezapomniany wieczór, kiedy wyjeżdżam na szczyt góry, z której podziwiam mgłę osiadającą w dolinie, poburzową tęczę a w oddali, czerwone od zachodzącego słońca, skaliste stoki. Jestem sam, ekipa musiała jechać objazdem. Na chwilę zapominam o wyścigu i wrzucam fotę na Instagram.

foto1

Słowenia

Po zmroku – zmiana kraju. Zaczęły pojawiać się napisy brzmiące bardziej „po naszemu”. Byliśmy w okolicy trójstyku granic Austrii, Słowenii i Włoch. Jest tam park narodowy i szczyt o nazwie Triglav. Miejscówka zapewne popularna wśród kolarzy, bo charakterystyczne znaki drogowe przestrzegały podjeżdżających kierowców przed sunącymi w dół rowerami. Nieopodal, czyli w Jesenicach, mieszkał niegdyś Jure Robić, 5-krotny zwycięzca Race Across America. Przełęcz, którą miałem do pokonania to Vrsic. Jej położenie, czyli 1611m npm, nie odzwierciedlało trudności podjazdu. Dziesiątki wąskich, krętych serpentyn z agrafkami zabudowanymi kostką brukową. A może to tylko moje subiektywne odczucie? W każdym razie stopy bolały przy każdym obrocie korbami i w połowie podjazdu musiałem zejść z roweru i wyciągnąć nogi do góry. To był dobry ruch, dzięki któremu w następnym podejściu „wjechałem górę” do końca. Ciemna noc, żadnych krajobrazów. Czy coś tam widać za dnia? Ciężko stwierdzić, bo drogę na górę i w dół pamiętam jako zalesioną. A w dół też była zabawa! Co prawda, na szczęście bez sekcji brukowych, ale za to z nachyleniem do 23%. Pokonywanie tej drogi w drugą stronę byłoby jeszcze większym wyzwaniem. Po zjeździe nocleg, a po noclegu kierunek Włochy, na lekkim podjeździe z widokami na ogromne, przepastne, wąwozy za barierką. Ból stóp już nie dokucza, myślę o tym, żeby cisnąć zgodnie z planem na 11 dni i przede wszystkim zrobić bezpieczny dystans nad drugim kolarzem.

Włochy

Tu czuję się trochę jak w domu. Rozmyślam, że gdyby człowiek miał drugą narodowość to moją byłaby włoska. Jako, że pasjami spożywam kawę, ich napój obowiązkowy, to zaraz po przekroczeniu rozglądam się za wiejskim barem, gdzie można na szybko ogarnąć espresso. I jest! Wpadamy jak po ogień, żeby przechylić filiżankę najbardziej energetyzującego napoju. Euforia! Mocy wystarcza mi na następne kilkanaście godzin. Teren jest wymagający, bo lecimy ruchliwą, nie za szeroką szosą z tirami. Gdyby nie fakt, że kocham ten kraj, byłoby to ciężkie mentalnie doświadczenie.

foto2

Niestety zaczyna mnie boleć tyłek. Liczba i wielkość otarć narasta. Siła i moc jest, ale każdy obrót korbą sprawia ból. Pod wieczór nastaje moment, kiedy mam zaplanowaną jazdę na kozie, bo jest sporo płaskiego odcinka. Niechętnie, ale wsiadam na Orbeę. Staram się kręcić. Jednak to, co z tego wychodzi nie daje zakładanego pożytku. Powinienem w pozycji areo wykręcać minimum 30km/h, żeby wykorzystać przewagę tego roweru nad szosówką. Niestety w warunkach bólu i pędzących ciężarówek nie mam szans na taką jazdę. Może ból bym zniósł, ale na dłuższą metę wykończył bym się psychicznie, bojąc się co pół minuty, że tir mnie wciągnie pod koła albo wystrzeli za pobocze. Wybieram szosę i próbuję się na niej dobrze ułożyć, a dokładniej – dogadać siodło z czterema literami.

Przejeżdżając przez miasto Montagnana zapominam o wszystkim, dostrzegając olbrzymi ceglany mur, długi na 2 kilometry i wysoki na 6-8 metrów chroniący centrum grodu. Przez chwilę czuję się, jakbym był w innej epoce. Pomyślałem, że muszę tu kiedyś wrócić i było to tylko jedno z dwóch miejsc na trasie, które w ten sposób doceniłem.

Reszta wieczornej jazdy odbywała się po drogach dla rowerów. Takich z prawdziwego zdarzenia. Biegły wzdłuż szosy dla aut i wyglądały jak szosa. Gładki asfalt, po środku przerywana linia oddzielająca pasy w przeciwnych kierunkach. I tylko trzeba było być ostrożnym na skrzyżowaniach z normalnymi drogami, bo Włosi za kierownicą nie zawszą tacy są. Nocna wizyta w kamperze i przeliczenie, jak stoję z czasem versus wirtualny zawodnik pokonujący dystans wyścigu w 11 dni uświadomiła mi, że ten cel już odjechał. Pogodziłem się z tym szybko, musiałem być realistą i dążyć do celu, który będzie mnie motywował a nie dołował. Poranek zacząłem żwawo, pokonując stopniowo myśl o bólu, do którego trochę się przyzwyczaiłem a trochę z nim walczyłem, dokładając drugie i potem trzecie spodenki, zmieniając siodło na inne a potem z powrotem na to pierwsze i zakładając na nie żelowy pokrowiec a potem go zdejmując. Zauważyłem, że każda zmiana dotycząca warstwy między tyłkiem a siodełkiem daje na jakiś czas pozytywny efekt – po prostu ugniatało się w trochę innym miejscu, w inny sposób. Żyłem z tym i radziłem sobie z tym przez kolejne doby, na przemian cierpiąc i czując ulgę.

foto3

W ten sposób dojechałem do najważniejszego i najdłuższego podjazdu na trasie, który wieńczyła przełęcz Col Agnel na granicy włosko-francuskiej. 2744m npm. Tak wysoko jeszcze nie byłem na rowerze. Do tego początek podjazdu zaczynał się z poziomu 200m, więc 2500m w pionie jak nic! Zaczynałem wieczorem, czyli na mojej ulubionej zmianie. Początek był jak zwykle długi i łagodny. Kilometrami, a nawet dziesiątkami kilometrów nachylenie miało 1-2%. Jechałem podekscytowany. Czekałem na legendę. Alpejski podjazd, na którym walczyli profesjonalni zawodnicy podczas najważniejszych wyścigów świata. Ta myśl mnie ciągnęła na górę. Widziałem dużo kamperów i wyobrażałem sobie, że przyjechali nimi kolarze, aby z samego rana zaatakować serpentyny wiodące na alpejski dach.

Każda godzina przybliżała mnie do szczytu, ale też przypomniał o sobie ból. Najbardziej, kiedy chciałem wstać z siodełka i pokręcić w korbach. Za każdym razem odklejałem się wtedy od spodenek i czułem podcinający ból, którego nie mogłem wytrzymać nie wrzeszcząc albo przeklinając. Nie dało się tak jechać a jednocześnie nie mogłem długo nie wstawać z siodełka. Im dłużej starałem się przeciągnąć moment bólu, tym większa kara mnie czekała, gdy już się na to zdecydowałem. Wymyśliłem wtedy, że nie będę stawał w korby, ale co godzinę zatrzymam się, „wyjdę znad roweru” i ostrożnie odkleję się od spodenek. Zawsze to bezpieczniejsze i mniej bolesne niż zadawanie sobie takiego bólu w trakcie jazdy, bo groziło to upadkiem. Tak więc robiłem. Na każdą godzinę traciłem te parę minut, ogarniając się zaraz po tym jak chłopaki zdołali wyciągnąć spode mnie rower.

Miłym urozmaiceniem dla moich intymnych perypetii było spotkanie w środku nocy Stana z Grenoble, który krążył od kilkunastu godzin po okolicznych przełęczach, przygotowując się do Transcontinental Race. Pomyślałem, że będzie kogo śledzić i za kogo trzymać kciuki! Przerwa nocna wypadła w połowie przewyższeń pod przełęczą, więc lepiej być nie mogło. Po 2-godzinnym śnie na wysokości 1500m npm ruszyłem serpentynami na szczyt. Przyroda się przerzedziła, gdzieniegdzie pojawiały się płaty starego śniegu. Klimat zrobił się ostrzejszy, podobnie jak nachylenie drogi. 5% zostało zastąpione przez 10% i 15%, a pod koniec nie schodziło już z liczb dwucyfrowych. Dystans się dłużył, za to wysokość rosła szybciej. Nowe wrażenia zepchnęły ból tyłka na dalszy plan. A może to kąpiel, sudokrem i czyste ubranie? Pewnie jedno i drugie. W każdym razie niebawem, wjechałem na szczyt w towarzystwie euforii mojej i mojego teamu. Była 9 rano. Nic nie zastąpi widoku w dół na te bezkresne serpentyny, które właśnie wjechałem i z drugiej strony na te po stronie francuskiej, którymi zaraz będę zjeżdżał. Czasami zwiedzam jakieś miejsce i czuję, że w jakimś sensie jest moje. Takiego uczucia doświadczam niezwykle rzadko, pewnie raz na kilka lat. Tak było też tutaj. Byłem szczęśliwy!

foto4 foto5 foto6

Francja

Po długim zjeździe dotarłem do przepięknego wąwozu. Od czasu do czasu droga prowadziła tunelami. Było to miejsce, gdzie widziałem najwięcej kolarzy szosowych. Zwykle jechali z przeciwka, aby korzystając z poranka i unikając upałów wspiąć się na przełęcz. Na znakach drogowych rozpoznawałem nazwy miejscowości etapowych Tour de France. Czułem się, jakbym był blisko „swojego miejsca na Ziemi”. W południe stanęliśmy nad wielkim jeziorem z pocztówkowo lazurową taflą wody. Ja wskoczyłem do kamperowego łóżka a chłopaki poszli się wykąpać. Dalsza droga prowadziła przez piękne tereny z widokiem na to jezioro i Alpy. Po drodze napotkaliśmy znak informujący, że 25.07 będą tędy przejeżdżali kolarze Wielkiej Pętli.

foto7

Wiedziałem, że przede mną legendarne Mont Ventoux. Wypatrywałem tego charakterystycznego szczytu z wysoką wieżą. Nawet po drodze omyłkowo ochrzciłem tą nazwą kilka górek. Właściwy podjazd miał się zacząć dopiero po kolacji. Sceneria zachodzącego słońca spotęgowana zapachem z olbrzymich pól lawendy powitała mnie w Prowansji. Pomyślałem, ze to świetne miejsce na wypoczynek, podróż, przygodę. Jakże inne od śmierdzącej nawozem Bawarii. Takie tam subiektywne oceny ograniczone trasą wyścigu i percepcją z wysokości rowerowego siodełka… O ile pod Col Agnel widziałem kampery bez ludzi, o tyle pod Górą Wiatrów doświadczałem serdeczności tubylców lub wczasowiczów wiwatujących z pobliskich ogródków. Dopóki jeszcze ludzie grillowali i popijali wino, dopóty miałem fajny doping. Potem wioski zmieniły się w las i program artystyczny przejął Szczecin z Jarzynem, którzy raczyli mnie rytmiczną muzą z auta, rytmie której starałem się podjeżdżać. To pomagało nie tylko nie zasnąć ale też szybciej wdrapać się na szczyt. Szkoda, że to nie był dzień. Ostatnie kilometry podjazdu znam z filmów na YT. Tym razem nie było mi dane zobaczyć wszystkiego na własne oczy. Końcówka – w towarzystwie biegnącego Szczecina. Nie napiszę, jak był ubrany, bo tekst mogą czytać dzieci 😉 Zresztą – nie ważne. Ważne, że szybciej mi się jechało 😉 To był dobry dzień. Dwa duże, odległe od siebie szczyty w niecałą dobę.

foto8

Kolejne kilometry to ciąg dalszy zmagań z bólem. Najgorzej jest po nocnej przerwie, bo trzeba na nowo przyzwyczaić się do siodła. Czasami trwa to godzinę, zanim mogę normalnie usiąść. Poranne szychty potrafią być uciążliwe także z powodu wzmożonego ruchu drogowego. Tak było przed wjazdem na Col d’Ares. Miasteczko za miasteczkiem a wszędzie masa aut i wąska jezdnia. Kiedy wyjechałem z tego kotła byłem już nieźle zmęczony. Bardziej psychicznie niż fizycznie. Do tego zachciało mi się spać. Powerbomba, kawa, magiczna herbata od Jarzyna… nic nie pomagało. Było jednak na tyle blisko do planowanej przerwy, że nie było sensu robić powernapa. Tym bardziej, że podjazd zwykle pobudzał niż usypiał. Próbowałem się wkręcić w swoje tempo, ale szło opornie. Dopiero zmiana muzycznej playlisty Spotify na audiobooka pomogła. Redukcja hałasu i koncentracja na słowie mówionym pozwoliła mi na ustalenie rytmu kręcenia i oddychania. Było super. Za wyjątkiem chmary much, które – miałem wrażenie – zleciały się do mnie wszystkie z promienia 100 metrów. Końcówkę podjazdu umilił mi widok – śmigającego na górę jak kozica – młodego kolarza w koszulce mistrza świata i asekurującego go auta na belgijskich numerach. Na szczycie miałem południową drzemkę, a w perspektywie ostatni do pokonania kraj – Hiszpanię.

Hiszpania

Powitała mnie sporą ulewą na zjeździe. Niedaleko za mną jechał Bernard, więc miałem dodatkową motywację. Mimo deszczu jechałem zgodnie z planem watów, ale bardzo ostrożnie. Bałem się o wywrotkę na śliskim. Na szczęście do wieczora deszcz ustał a ja uniknąłem kłopotów. Niemiec z kolei zmoczył wszystkie ciuchy i sprzęt elektroniczny. Od tej pory zaczęły się jego kłopoty z trackerem GPS, co spowodowało, ze nie zawsze wiedziałem gdzie jest Bernard i ile mam nad nim przewagi.

Pierwsza hiszpańska noc była po płaskim, ale nie miałem ochoty ani nie widziałem sensu w odpalaniu kozy. Do szosowego Treka przyzwyczaiłem się już mocno, nauczyłem się żyć z bólem, który mi zadawał i który akceptowałem a czasem o nim zapominałem, nawet na dłużej. Tej nocy z Wojtkiem i Maćkiem bawiliśmy się przez Terrano w zgadywanie zwierząt. Ktoś wymyśla zwierze, a pozostali zadają pytania tak/nie i próbują rozszyfrować zagadkę. Wszystkie interakcje angażujące umysł pomagały mi nie zasnąć.

Terrano to bardzo przydatne urządzenie na takie wyjazdy. Jest następcą Cardo i ma wiele zalet w porównaniu z poprzednikiem. Przede wszystkim, w zasadzie obsługuje się go bez rąk. Kiedy wsiadam na rower, leci mi na słuchawkach muza z telefonu. Spotify albo audiobooki. Kiedy pacecar ma coś do mnie, po prostu przerywa się odtwarzanie i gadamy. Kiedy ja potrzebuję coś od pacecara, aktywuję komunikację głosem. Czasem niechcący, kiedy zakaszlę 😉 Wtedy muszę wcisnąć klawisz na kasku albo poprosić, żeby się rozłączyli. Jeśli ktoś do mnie zadzwoni, taki call ma priorytet i wtedy wystarczy, że krzyknę „halo!” i mogę rozmawiać. Jeśli jestem w zasięgu Internetu, mogę „głosowo” zadzwonić do kogoś przez asystenta Google. Jest jeszcze radio, ale w obcych krajach wolałem korzystać ze swoich playlist niż ogarniać lokalne stacje. Terrano dobrze radziło sobie w deszczu. Jedynie, kiedy gąbka mikrofonu nasiąkła wodą trzeba ją było wycisnąć.

Jednak nawet Terrano i koledzy z pacecara nie zawsze są lekiem na zamykające się oczy. Tak było tej nocy. Kiedy walka z Morfeuszem powodowała jazdę mocnym szlaczkiem, zdecydowałem się na 15-minutową drzemkę w pacecarze. Niestety wybrałem miejsce na pace, gdzie musiałem mieć ugięte kolana. Taki szczegół spowodował, że po pierwsze kolana zaczęły mnie boleć (na szczęście tylko na chwilę) a po drugie, drzemka nie był zbyt efektywna. Potem jeszcze przed metą 2 razy korzystałem z powernapa, ale nauczony doświadczeniem rozkładałem się na tylnych siedzeniach, gdzie było więcej miejsca. Wkrótce po drzemce znowu zachciało mi się spać, ale tym razem wiedziałem, że muszę dotrwać do planowanego noclegu. Błyskało ze wszystkich stron, ja przysypiałem a Jarzyn ze Szczecinem stawali na głowie i wymyślnymi okrzykami przeszkadzali mi w zaśnięciu. Udało się. Dotarliśmy do kampera!

Po 2 godzinach snu i tradycyjnej pobudce w postaci „Eye of the tiger” płynącego z telefonu Michała dotarło do mnie, że na zewnątrz leje. Starałem się nie myśleć o niczym, tylko poddać się procedurze ubierania, jedzenia i wsiadania na rower. Dobre ubranie chroniło mnie przed chłodem deszczu a Michał z Matim organizowali internetowe wsparcie mentalne skutkujące Waszymi ciepłymi komentarzami pod postem z filmem, na którym jak zombie w horrorze przedzieram się nocą przez strugi wody.

Z nastaniem dnia, deszcz odpuścił, pojawiło się słońce i temperatura zaczęła rosnąć do poziomów oczekiwanych o tej porze roku w Hiszpanii. Teren zrobił się kosmiczny, a raczej pustynno-rolniczy. Żywej duszy, zero zabudowań. Tylko pola. Pola nawadniane nawet podczas deszczu. Pola kamieni, pola brył ziemi, ale niekiedy też pola roślin uprawnych. A od czasu do czasu traktor wielkości dziesięciu traktorów próbujący nas wyprzedzić a czasami my próbujący wyprzedzić taki traktor. Dobrze się jechało, bo jednak ruch znikomy. To nie były Włochy z tirami, ani Francja z dużym ruchem lokalnym. Nie była to też Hiszpania znana z wczasów nad morzem czy wycieczek do Barcelony. To była zupełnie inna Hiszpania. Nazwałem to „interiorem”. Turyści tu nie zaglądają. Skrzyżowania co kilkadziesiąt kilometrów. Od czasu do czasu pod mostem tory kolejowe, opisane przykładowo tablicą „Zaragoza-Madrid”. Po głowie kołacze się miłe wspomnienie filmu „Rękopis znaleziony w Saragossie„. Chętnie bym obejrzał znowu. Asfalty bardzo różne. Od gładziutkich po wielokilometrowe sekcje tarki.

To tutaj straciłem nadzieję na pobicie rekordu trasy. Kiedy jechałem po wybojach, pod lekkie wzniesienie i pod silny wiatr, prędkość chwilowa skutecznie zabijała prędkość średnią. Starałem się nie patrzeć na to, co na liczniku. Zwykle miałem screen z mapą, mocą i nachyleniem, czyli wszystko co potrzebne do jazdy. Jednak bez względu na to, co czytałem na Garminie, prawda była okrutna. Rekord trasy odjeżdżał. I z tym musiałem się pogodzić. Skoncentrowałem się na zyskaniu dystansu do Bernarda i realizowaniu założeń dotyczących generowanej mocy. Być może z dokładką 10-20W. Tak też robiłem. Dodawałem sobie w pamięci do tabelki 10W i sprawdzałem co godzinę, czy zyskuję przewagę nad Niemcem. A ta się wahała od 20 do 80 kilometrów w zależności od tego jakie ukształtowanie terenu nas dzieliło i kto, kiedy akurat robił przerwę. Wiedziałem, że Bernard zwykle zatrzymuje się na dłuższy postój przed północą. Moja strategia delikatnego dodawania watów wydawała się skuteczna, ale też czułem, że przeciwnik mnie goni i nie odpuści. Cała korespondencyjna walka toczyła się w coraz większym upale. Nauczony doświadczeniem, wiedziałem, że muszę co 1-2 godziny schodzić z „lampy” i się chłodzić w klimie, nawet jeśli nie czułem takiej potrzeby. W innym przypadku dzień zakończyłbym totalnym zejściem. Przerabiałem to rok temu. Tym razem nie popełniłem błędu. Stopniowo „naciągałem” Niemca dodając 10 a potem 20 watów do planu. Drugiego dnia „grillowania” temperatura sięgnęła 44 stopni i nawet na zjeździe zamiast ożywczego wiaterku, czułem jakby mi ktoś przed twarzą piec otworzył. Z nieba żar, na polach popalone słoneczniki. Zupełnie nie podobne do tych kwitnący kilka dni temu we Francji. Nawet kaktusy pousychały, a szerokie koryta rzek i mosty wyglądały trochę komicznie a trochę przerażająco, bez śladu najmniejszego strumienia. Tego dnia Bernard przegiął z gonieniem i wieczorem „padł” na granicy udaru słonecznego. Kosztowało go to sporo godzin i dało mi konkretną przewagę, którą wydawało się, że utrzymam do mety.

Ostatni długi nocleg postanowiłem skrócić, oszczędzając czas na kąpieli i przebieranie. Już koło południa wiedziałem, że cena za to będzie sroga. Tyłek mi tego nie wybaczył. Obtarcia i ból się wzmogły, co przybiło mnie trochę psychicznie. Na dodatek okazało się, że tracker Bernarda znowu padł i tak naprawdę, nie wiemy gdzie jest nasz konkurent. To przelało szalę. Zdenerwowałem się. Byłem wkurzony. Jak mam jechać, skoro nie mogę siedzieć na siodełku, a w dodatku nie wiem, jak wygląda bieżący wynik rywalizacji. Jako wisienkę na torcie miałem dystans, jaki pozostał do mety – 300 kilometrów. W porównaniu do całego dystansu to tylko kilka procent, ale biorąc pod uwagę moją sytuację, a raczej moją jej subiektywną ocenę, wypaczoną deprywacją snu – spory kawałek do przejechania. W tym momencie zainterweniował Michał. Zawęził mi zadanie do skupienia się na własnej jeździe, biorąc na siebie kontrolowanie rywalizacji. Wiedziałem, że mogę go zawsze zapytać, gdzie jest Bernard, ale w obliczu tak podzielonych ról, w obliczu mojego zaufania do niego, nie robiłem tego. Mistrzowsko mi to poukładał w głowie. W tle zadbał o mój komfort decydując, że ostatnia południowa przerwa będzie z kąpielą.

Po drzemce wstałem odmieniony. Słońce było moim sprzymierzeńcem, bo opadało w stronę horyzontu i wiedziałem, że już nigdy na tym wyścigu nie będzie wędrować w odwrotną stronę. Jeszcze przez kilka godzin temperatura nie malała, ale ja miałem w głowie, że to szybko nastąpi i wyobrażałem już sobie chłodny wieczór z czerwienią nieba. A potem już tylko noc do mety! Zanim to nastąpiło uprzyjemniłem sobie jazdę szybkim espresso w hiszpańskiej kawiarni. Ostatnim. Lubię Francję, Włochy i Hiszpanię chociażby za to, że w każdej małej mieścinie znajdzie się wieczorem przyjemna kawiarnia, w której można się zatrzymać. Z nastaniem ciemności nastała bliskość mety. To już były liczby dwucyfrowe. Prędkość przyzwoita. Widziałem, że zgodnie z predykcją sprzed doby, będę na miejscu koło godziny 2:00. Wtedy właśnie zadzwonił mój brat, Jarek i miło sobie pogawędziliśmy. Tego wieczoru rozmawiałem też ze Zbyszkiem, Anią i moją Gosią, która zawsze wie, jak dodać mi sił i pozytywnych myśli. W trakcie wyścigu miałem też kontakt i wsparcie od moich trenerów – Arka i Doriana a także mojego masażysty – Marka.

Ostatnie kilometry to droga serwisowa wzdłuż autostrady. Bardzo pagórkowata. Tak jakby chciała, abym zapamiętał, że taki własnie był cały wyścig. Góra, dół, góra, dół. Prawie nic po płaskim. Na koniec widok przypominający ten spod Gdańska, czyli rafineria nocą. Z tą różnicą, że tutaj wszystko było kilka razy większe, wyższe, rozleglejsze. Spotęgowane brakiem snu, robiło dużo większe wrażenie. Tym żegnała nas Hiszpania! Nie licząc sfrustrowanego celnika, któremu nie podobała się euforia moich załogantów z powodu zbliżającej się mety 🙂

Gibraltar

Dzięki Schengen przez 6 krajów przeleciałem nie pokazując paszportu. Jednak wjazd na półwysep, czyli teren Wielkiej Brytanii został już naznaczony tą formalnością. Piękny finał trasy wyścigu. Punkt końcowy widzisz z daleka, tak jak z daleka widać Rock of Gibraltar, czyli olbrzymią skałę wypełniającą niemal cały półwysep. Nie do wiary, że powstała w wyniku wypiętrzenia. Moja wyobraźnia podpowiada, że to coś spadło z kosmosu nieopodal południowego wybrzeża Hiszpanii. Coś niesamowitego! To właśnie drugi punkt na trasie, który chciałbym kiedyś odwiedzić – tym razem z rodziną. Ekipa wyrwała do przodu na metę, a ja wspinałem się pustym, oświetlonym tunelem, finiszując na ostatnim podjeździe wyścigu. Był środek nocy, zero aut i tylko jeden Anglik przemieszczający się na piechotę w tym samym kierunku.

Jeszcze moment i koniec! Dojeżdżam do Europa Point. Tam gdzie można zobaczyć pomnik generała Sikorskiego. Są chłopaki, są organizatorzy, jest też para policjantów w radiowozie. Konfetti, szampan, polska flaga. Trochę niedosyt z powodu czasu przejazdu, ale jeszcze większa radość z ukończenia najtrudniejszego do tej pory wyścigu. Czas przecież przyzwoity. 12 dni 16 godzin 39 minut, to 9,5 godziny gorzej od rekordu. 3%. Niewiele. Czuję radość. Czuję ulgę. Jadąc ponad tydzień z towarzyszącym bólem, od czasu do czasu tęskniłem do tej chwili, gdy już nie będę jechał. Czekałem na nią, chociaż starałem się o tym nie myśleć. W żadnym momencie wyścigu nie miałem jednak pokusy, żeby odpuścić. To pocieszające, bo rok wcześniej takie przebłyski się pojawiały.

Teraz miałem ochotę wykąpać się w wannie i wypić małe piwo z chłopakami. Mimo, że była 3 w nocy i mało czasu na powrót do kraju. Za nieco ponad dwie doby trzeba było oddać auta. A od celu dzieliło nas 3500 kilometrów. Jednak wanna i półgodzinna nasiadówka została zaliczona. Wszak mieliśmy na pokładzie sześciopak podarowany w Niemczech (wurst został skonsumowany w trasie). Rano obudził mnie Michał. Nie mogę wyjść z podziwu, ile ten facet ma energii. Kierowanie zespołem plus samodzielne wykonywanie wielu funkcji, wszystko prawie bez odpoczynku i w niesłabnącym tempie mimo upływu dni wyścigowych. Do końca na 110%! Śniadanie typowo angielskie – fish & chips 🙂 Potem spacer i zdjęcia oraz film na nabrzeżu. Jeszcze kilka drobnych zakupów, pamiątek, prezentów i siedzimy w autach z nawigacją ustawioną na Warszawę.

foto9

Powrót

Wyjeżdżamy wczesnym popołudniem. Google Maps pokazuje, że do domu mamy 33 godziny. Jednak jadąc kamperem po autostradzie prognoza wydłuża się z każdą godziną. Nie ma sensu jechać więcej niż 110-120km/h. Za duże wstrząsy i spalanie. W nocy śpię, w dzień siedzę jako pasażer pomagając kierowcy, żeby nie wpadał w znurzenie. Chłopaki robią duży wyczyn, żeby po wyczerpującym wyścigu dostarczyć nas w komplecie i bezpiecznie do stolicy. Stajemy tylko na stacjach benzynowych i wyjątkowo w Walencji, aby podjąć Maćka, który się przesiadł z busa do kampera. Mamy okazję podziwiać to piękne miasto w weekendowy wieczór. Nad ranem w poniedziałek jesteśmy po polskiej stronie. Chłopaki jedzą obiad w przaśnym barze, ja zadowalam się jajecznicą. W TV królują teledyski disco-polo. Koło 11 jesteśmy u mnie pod domem. Rozpakowywanie i oddanie aut. Kilka godzin snu i znowu na nogach. Nie ma sensu odsypiać dniami i nocami, lepiej po prostu uczciwie przespać najbliższe noce – sprawdzone doświadczalnie.

Z każdym następnym dniem czuję się lepiej. W środę jadę na Pętlę Kopernika i bez problemu siedzę w siodle. Po tygodniu ustępują skutki deprywacji snu, czyli najcięższa dolegliwość. Jeszcze tygodniami będę czuł słabość w dłoniach i zdrętwiałe palce stóp.

Podsumowanie i wnioski

Race Across Europe był dla mnie kamieniem milowym i sprawdzianem przed Race Across America. Postawiłem sobie dwa konkretne wyzwania. Celem maximum było ukończenie w 11 dni, celem minimum – rekord trasy. Żadnego z nich nie dałem rady osiągnąć. Do zeszłorocznego wyniku Fritza Geersa brakło mi 9 godzin i 34 minut. Dużo. Jednocześnie jest to 3%. Mało. Moją największą słabością jest za duża masa ciała. Walczę z tym od 4 lat i ta walka będzie trwać nadal, póki nie znajdę skutecznej metody. W zasadzie powinienem był zweryfikować cele bezpośrednio przed startem, kiedy już znałem swoją masę startową. Tu jest największy potencjał. Sądzę, że biorąc pod uwagę moje przygotowanie kolarskie, siłowe i mentalne oraz niezawodny zespół, z prawidłową wagą 11 dni byłoby w zasięgu. Kto wie, może kiedyś będzie mi dane to udowodnić. Skąd w ogóle pojawiło się 11 dni? RAAM pięć lat temu pokonałem w 11 dni, 19 godzin i 33 minuty. Upraszczając, założyłem, że RAAM i RAE mają bardzo podobne trasy pod względem dystansu (tu miałem rację) i przewyższeń. To drugie założenie było błędne. Po dokładnym sprawdzeniu okazało się, że RAAM to „zaledwie” 35 000 m w pionie a RAE – 50 000 m, czyli 43% więcej! Przy okazji to sprawia, że RAE jest najtrudniejszym wyścigiem (najbardziej „ultra”) w jakim brałem udział i jaki ukończyłem. Miło to wiedzieć 🙂

Co jeszcze można poprawić, aby na przyszłość wypaść lepiej? „Już” po 1500 kilometrach, czyli po 4 dobach miałem problemy z siedzeniem. Zatem przez kolejne 9 dób nie mogłem tak sprawnie kręcić jakbym chciał, bo każdy następny z kilkuset tysięcy obrotów korbą sprawił mi ból. Dlaczego tak było? Przeanalizowałem dane przygotowań i wyścigów z kilku lat wstecz, aby dojść do wniosku, że to co wyróżniało ten rok przygotowań, to brak treningów kilkudobowych na rzecz większej liczby prób kilkunastu- czy dwudziestokilkugodzinnych. Takie podejście miało skrócić okresy regeneracyjne po wyczerpujących treningach, ale jednocześnie nie „utwardziło” odpowiednio moich „czterech liter”. W 2017, kiedy jechałem Maraton Rowerowy Dookoła Polski, miałem dwa 3-dobowe treningi i sam wyścig przejechałem bez większych problemów z otarciami.

Kolejna przestrzeń na poprawę wyniku to czas odpoczynku. Wyszło 5,9h na dobę versus 4,3h na MRDP’17 i RAA’18, czyli aż 37% dłużej! To daje 20h na całym dystansie. Oczywiście RAE było znacznie dłuższe i błędem byłoby przeniesienie liczb z wyścigów 5-7-dobowych na 12-dobowy, ale myślę, że 1h na dzień można było zaoszczędzić. W każdym razie następnym razem trzeba będzie to dokładniej policzyć i zaplanować.

Plan mocy, z jaką miałem jechać był osiągalny przez co najmniej 80-90% dystansu. To było bardzo motywujące, ale jednak dałbym radę jechać 10-20W więcej. W efekcie jechałem średnio z tą samą mocą, co rok temu, a przecież w próbach przedwyścigowych miałem progres mocy o 11% rok do roku. Zatem także plan na wyścig mógł być o te 11% wyższy. Daje to właśnie kilkanaście watów, czyli zgadzałoby się z moją intuicją.

Tyle cyferek. W zasadzie, to może lepiej, że osiągnąłem wynik taki a nie inny. Gdybym zrealizował cel, prawdopodobnie nie miałbym tyle motywacji do przeprowadzenia dogłębnej analizy i zbudowania wniosków na przyszłość oraz wprowadzenia odpowiednich korekt. Od 2 lat jeżdżę coraz szybciej i są to wzrosty 2-cyfrowe rok do roku. Jestem przekonany, że dalszy progres może nastąpić tylko wtedy, gdy będę dokonywał odpowiednich i istotnych zmian w przygotowaniach i strategiach wyścigowych, bazując na doświadczeniu i danych.

A tak po ludzku, cieszę się bardzo, że tyle czasu i wysiłku włożyłem w przygotowania do RAE, aby móc przeżyć tak fantastyczną przygodę i osiągnąć swoje 12 dni, 16 godzin i 39 minut na mecie w przepięknym Gibraltarze!

Dziękuję wszystkim, którzy byli wtedy ze mną – ciałem, duchem i myślami!

[Wybaczcie jakość zdjęć, ale są one zrobione komórką przeze mnie, czasem wprost z siodełka i podobnie jak relacja odzwierciedlają mój osobisty i subiektywny punkt widzenia na to, co działo się w trakcie wyścigu 🙂 Dużo lepsze zdjęcia robili chłopaki z Teamu – część z tych fot widzieliście już na moim facebooku, ale te najlepsze dopiero ujrzą światło dzienne :)]

[Zapis przejazdu zarejestrowałem na liczniku Garmina w jednym dużym pliku. Niestety żadna z platform poza Training Peaks nie chce go wczytać z powodu rozmiarów. Dodatkowo plik zawiera jakiś błąd i brakuje rekordów ze środkowej części trasy. Jednak, jeśli komuś się to do czegoś przyda publikuję to co udało mi się wrzucić na TP: http://tpks.ws/56UHRBMAFECQH4K2TP2U7TOGFA]

Zobacz również

  • 5 mitów treningu ultrakolarskiego5 mitów treningu ultrakolarskiego Mit 1. Ultrakolarstwo to morderczy wysiłek - trzeba dać z siebie 110% Takie teksty bardzo dobrze sprzedają się w mediach. "Wyścig trudniejszy niż wejście na Mount Everest", "Walka ze […]
  • 128 słów o RAAM128 słów o RAAM Przez pierwsze kilka godzin wyprzedziło mnie sporo osób. Także Ci, którzy nie dojechali. Ja jechałem swoje. Trasa wiodła pod górę. Było ciepło, nawet gorąco. Odczuwałem to jako przyjemne. […]
  • Pierwszy Kongres Kolarski, czyli jak to się robi w World Tour – część 4Pierwszy Kongres Kolarski, czyli jak to się robi w World Tour – część 4 Drugi dzień kongresu rozpoczęła ponownie Hannah Grant. Tym razem skupiła się na tym, co kolarze jedzą przed startem i po etapie. W trakcie Touru normą jest przyjmowanie 5-6 tys. […]
  • Race Around Austria 2016 – odc. 6 – zamiast Hochtor’aRace Around Austria 2016 – odc. 6 – zamiast Hochtor’a Piątkowym rankiem, po 2 godzinach nocnego postoju nieopodal miejscowości Strassen, mając na liczniku 1210 km, ruszyliśmy w kieunku Lienz aby potem wjechać w rejony Grossglockner […]