IV edycja Kongresu E(x)plory pt. „Innowacje w sporcie” – Gdynia – 5-6.10.2016

4-fzt kongres FB 828x315 GEW wrze 2016

W imieniu organizatorów zapraszam do udziału w IV-ej edycji Kongresu E(x)plory pt. „Innowacje w sporcie”, który odbędzie się w dniach 5-6 października w Gdyni.

W ramach wydarzenia odbędzie się dyskusja na temat komercjalizacji projektów z branży sportowej. Przedstawiciele krajów wyszehradzkich zaprezentują swoje doświadczenia w tym zakresie. Czy to dobry czas dla sportu, zdrowia i bezpieczeństwa?

Panel pt. „Akceleracja. Rozwój i wspieranie projektów branży sportowej w krajach wyszehradzkich” odbędzie się 6 października w godz. 14.15-15.15.

Wezmą w nich udział m.in. Piotr Pietrzak Członek Zarządu Fundacji Start up Hub Poland, Martin Donval Nanodesign ze Słowacji oraz Mateusz Nowak, Ekspert ds. Innowacji PWC.

IV Kongres to również przestrzeń dla prezentacji najnowszych trendów na rynku akcesoriów sportowych. Swoje innowacyjne rozwiązania zaprezentują: Igor Pielas, właściciel marki Asante Bamboo Bikes, Przemek SkrzypekDyrektor artystyczny LYOFood, Dominik Stępniak i Adam Warski Fellowskateboards.

Pośród prelegentów również: Liv Sansoz, Michał Listkiewicz, Gabor Mandi Wearnotch,  Janos Podonyj String Bike i wielu innych.

Kongres E(x)plory, to miejsce, które łączy młodych innowatorów, dojrzałe startupy oraz inwestorów i biznes.

Serdecznie zapraszamy do udziału w wydarzeniu!

Zapraszamy do rejestracji już dzisiaj! Udział w wydarzeniu jest bezpłatny. Liczba miejsc jest ograniczona.

Program ramowy kongresu (pdf): IV Kongres Explory – program ramowy

Szczegółowy program oraz formularz zgłoszeniowy znajdziecie Państwo na stronie internetowej www.kongres.explory.pl.

Dołącz do wydarzenia na Facebooku: https://www.facebook.com/FundacjaZaawansowanychTechnologii/events

Race Around Austria 2016 – odc. 9 – Kuhtai, czyli góra krów… i koni

Kuh to po niemiecku krowa. Kuhtai to góra krów (a właściwie przełęcz), bo rzeczywiście jest tam ich dużo. W czasie RAA zawsze czekam na ten odcinek. Podjazd jest miejscami mocno stromy – do 17%. W sumie na ostatnich 23 km właściwej wspinaczki pokonuje się 1400 m przewyższenia.
KuhtaiE
Pod Kuthai jadę z obawami, bo 3 lata temu miałem tam ogromne problemy z oddychaniem. Wtedy na tych stromiznach czułem potrzebę zsynchronizowania oddechu z kadencją (rytmem pedałowania) i nie mogłem sobie dać z tym rady. Jechałem szlaczkiem, trawersowałem i ledwo trzymałem równowagę z powodu małej prędkości. Miałem wtedy myśli, że być może ta góra mnie pokona i nie osiągnę mety. Tamten wyścig ukończyłem nieoficjalnie, bo 51 minut po limicie czasu, a Kuhtai na zawsze pozostanie „moją” górą.

Jest ku temu jeszcze jeden powód. W głowie zawsze będę miał wspomnienie pulsującej krwi w skroniach, kołatania serca, przyśpieszonego oddechu i dzwonków, którymi witały mnie te krowy. To było jak muzyka, a zwierzęta „robiły za kibiców”. Jedziesz kolejny zakręt i słyszysz coraz głośniej dźwięczącą melodię następnego stada. Teraz już wiem skąd się wzięły kibicowskie dzwonkami na trasach górskich etapów. Musiał to wymyślić ktoś, kto przeżył podjazd na Kuhtai lub podobną krowią górę.

Także tego roku „Góra Krów” jest dla mnie punktem kulminacyjnym. Do podnóża podjeżdżam w towarzystwie Sebiego, który objaśnia mi jak wygląda trasa i ile mam do szczytu. Zazdroszczę chłopakowi, że ma taki wyjazd na 2000m npm pod domem!

Sebi wraca do siebie. Za mną pacecar z Michałem, Kubą i Maćkiem. Michał spokojnie obserwuje, gotowy na ewentualną interwencję trenerską. Kuba nagrywa filmik. Maciek dopytuje się, czego mi trzeba. Odpowiadam – „Kawy!”. Jestem kawoszem w cywilu i na rowerze, a teraz akurat zbliża się wieczór i fajnie byłoby poczuć orzeźwiający zapach i łyknąć sobie czarnego napoju. Maciek działa błyskawicznie i po paru minutach mam, czego chciałem. Okazało się, że wparował do najbliższej chaty, poinformował o wyścigu i w krótkich żołnierskich słowach zaordynował, że kolarz potrzebuje kawę. Mój team oraz Austriacy po raz kolejny stanęli na wysokości zadania.

Kuhtai1
Stok się nastramia. Najbardziej nachylony kilometr ma tutaj średnio 12%. Serpentyny się wiją. Z moim oddechem wszystko w porządku. Większość roboty robią mocne łydy zbudowane podczas Everestingów na Agrykoli. Układ oddechowy jest odciążony.

Maciek wychodzi z auta i biegnie ze mną opowiadając mi coś ciągle. Nie jestem dobrym rozmówcą na takim podjeździe, ale słuchaczem – jak najbardziej. Fajnie jest zająć głowę jakąś opowieścią. Chociaż czasami, jeśli trudności są spore, wolę walczyć, pracować w samotności, być tylko z samym z sobą i koncentrować się w 100% na jeździe.

Z tyłu dogadania nas sztafeta kobieca. Mają łatwiej niż zawodnicy solo, bo jadą na zmianę. Dziewczyny bardzo dobrze cisną.  Wymieniamy parę zdań z nimi. Widać w nich sporo energii i pozytywnego nastawienia. To dodaje sił także mi.

W wyższych partiach pojawiają się galerie, pod którymi przejeżdżamy. Są też wyczekiwane przeze mnie krowie dzwonki. Piękne dźwięki! Szczyt już blisko, ale jest tak cudownie, że chcę aby ten podjazd trwał dłużej.

A co to takiego?

Kuhtai2

Zamiast krów mamy konie. Dużo koni a na końcu jeden maluch, który ledwie może zdążyć za pozostałymi. Mam trochę wyrzuty sumienia, bo konie poczuły się chyba przeganiane i zrobiły z nami konkretny odcinek trasy, dobiegając na przełęcz . Z drugiej strony – skoro są tu pozostawione sobie a trasa jest na co dzień uczęszczana przez rowery, motory i samochody – chyba jednak mają ten teren obeznany i prędzej my byśmy się zgubili niż one.

Na górze oczywiście krajobrazów nie widać, bo zapadła noc. Trochę szkoda, bo pamiętam, że jest pięknie. Rozległa przełęcz, wokół góry, krowy… Spędzamy tam 13 minut. Nie pamiętam na co była ta przerwa poza sikaniem, ale po kilkudziesięciogodzinnej jeździe czas płynie inaczej. Wydaje Ci się, że minęła chwila, a w realnym świecie upłynął kwadrans.

Jedziemy w dół. Ostatni raz, kiedy tu zjeżdżałem miałem potworne problemy z sennością. Co chwila zbliżałem się do krawędzi jezdni albo wyjeżdżałem na środek. Chłopaki krzyczeli wtedy do mnie z auta, a ja wyrywałem się z półsnu i zjeżdżałem dalej. Nawet zaczynało mi się coś śnić. Tym razem nie chce mi się spać, ale jest mi zimno. Wiem już co trzeba robić, więc zarzynam klocki i obręcze, aby tylko czuć w nogach opór. Zjazd jest dość stromy, bardziej stromy niż podjazd, który mam właśnie za sobą. Na 18 kilometrach obniżamy poziom o 1200 metrów.

Na postoju zupa pomidorowa. Czuję jakby była strasznie słona i pikantna. Kubki smakowe reagują dużą wrażliwością na zmianę menu ze słodyczy żeli i nutridrinków na coś słonego. Pali w poranione usta. Wykręca mordę, ale jest miłą odmianą i ogrzewa od środka.

To już 77. godzina wyścigu. Jest noc (z piątku na sobotę), ale nie robimy dużej przerwy. Po 7 minutach jestem na siodełku z planem ogarnięcia kolejnego podjazdu…

Race Around Austria 2016 – odc. 8 – Z Sebim na Innsbruck

Miałem za sobą 1400 kilometrów czyli 2/3 trasy. Pokonywałem kolejny płaski łącznik między punktami kulminacyjnymi. Tym razem był to dojazd spod Gerlosa do Innsbrucka. Wiatr wiał w plecy, więc jechało się całkiem szybko. Jezdnia mokra. Opady z przerwami.

W okolicach Schwaz dołączył do mnie Sebi, który mieszka w pobliżu. Jechał z przeciwka, względną prędkość mieliśmy sporą, ale dostrzegliśmy się nawzajem. Sebi zawrócił i musiał mnie gonić. Akurat trafiliśmy na jakieś miasteczko z korkami aut, więc chwilę potrwało zanim mogliśmy się spotkać ponownie.

Regulamin mówi, że zawodnik solo (zresztą team’owy także) nie może korzystać z draftingu, czyli jechać na kole innego zawodnika albo osoby trzeciej. Chodzi o to, żeby nie miał za łatwo – na kole można oszczędzić nawet 30% energii. Zawodnicy powinni trzymać dystans 100 metrów między sobą. Natomiast – w ograniczonym zakresie czasowym, do 15 minut dziennie – można jechać obok (nigdy za!!!) drugiego zawodnika albo innego kolarza nie biorącego udziału w wyścigu. Tu z kolei bierze się pewnie pod uwagę względy towarzyskie. Byłoby nieludzkie, gdyby tego zabronić.

Zarówno wyprzedzany, jak i wyprzedzający kolarz ma ochotę pogadać chwilę z drugim, tym bardziej, że:
1. jesteśmy wszyscy ulepieni z tej samej gliny i po kilku pierwszych słowach rozmowy z innym ultrakolarzem mam wrażenie, że znamy się sto lat
2. nie ma nas aż tak dużo i każda okazja poznania kogoś nowego, z innego kraju, kto jeździ ultra jest bezcenna
3. wyścig to właściwie jedyna okazja, gdzie można pogadać (i np. zaprosić na rodzimy wyścig) – przed wyścigiem każdy jest zajęty sobą, a po… cóż każdy przyjeżdża w innym czasie i dzielą nas godziny, wiec zwykle nie czekamy na siebie.

14139509_1160444574011718_1547489538_o

Foto: Jacek Siudziński

Podobnie – kwestia kibiców. Sebi kibicuje mi już trzeci raz w Austrii. Zawsze sprawdza w Internecie, kiedy będę w pobliżu Innsbrucka i wyjeżdża mnie dopingować. Zresztą nie inaczej jest z innymi Austriakami, którzy śledzą wyścig. Ci bez rowerów, kibicują przy drodze w swoich miasteczkach a Ci, którzy jeżdżą na szosie, towarzyszą nam np. w czasie podjazdów albo zjazdów, informują o trasie, ostrzegają o trudnych fragmentach, itp. Nie są to bardzo częste sytuacje, ale zdarzają się. Co ważne kibice – zawsze się dopytują, czy mogą jechać obok albo za, czy to nam nie przeszkadza, czy to jest zgodne z zasadami. Zresztą zawsze kiedy jestem w Austrii spotykam się z niezwykłą uprzejmością Austriaków.

Wracając do Sebiego, to niezły z niego kolarz. Kadencja wysoka, przyśpieszenie dynamiczne, pod wzniesienie mknie jak kozica. Ja na drugim tysiącu kilometrów już nie mam nawet namiastki jego świeżości. Podobne komplementy można by posłać pod adresem wielu szosowców napotkanych na trasie, bez względu na wiek i płeć. Widać, że Austriacy to wysportowany naród.

14202881_1160445390678303_2060354349_o

Foto: Jacek Siudziński

W towarzystwie czas mija szybko. Sebi trochę jedzie za mną a trochę robi „leap frog”, znika a potem przed Innsbruckiem znowu się pojawia. Przez miasto trasa wije się, jakby organizatorzy chcieli nam zafundować zwiedzanie miasta. Nie ma w tym nic złego. Miasto bardzo ładne i
sportowe. Dwukrotny organizator zimowych igrzysk olimpijskich. W centrum wielka hala olimpijska a nad metropolią (nie znowu taką dużą, bo 120 tys. mieszkańców) góruje skocznia narciarska. Piękny widok!

Jednak czas zejść na ziemie i poszukać miejsca na fizjologię. Piotrek błyskawicznie wprowadza mnie do jakiegoś mega wypasionego pubu – restauracji z klientelą pod krawatem, gdzie toaleta ma wielkość niemal boiska do koszykówki.

Przy okazji ogarnęliśmy przebieranie, bo trochę się wypogodziło a profil trasy przed nami pokazywał, że będzie pod górkę. I to nieźle pod górkę…

Race Around Austria 2016 – odc. 7 – Mokry Gerlos

Po 65 godzinach wyścigu, w piątek koło południa przyszedł czas na piąte poważne wzniesienie. W sumie naliczyłem ich 10, więc za tą górką był – można rzec – półmetek.

Gerlos to nazwa gminy, ale dla kolarzy RAA, to także przełęcz, na którą wjeżdża się w towarzystwie szumu wodospadów – Krimmler Wasserfaelle. Te wodospady zwiedzaliśmy z Gosią 13 lat temu. Takie miłe wspomnienie dodawało mi dobrych myśli, więc także paliwa do wspinaczki.

Pierwsze 20km było stosunkowo łagodne, ale kolejne 10km na szczyt to już 700m w pionie, czyli średnio 7%. Raz za razem serpentyna nawracała a tablice przy agrafkach wskazywały ich numery a czasami nawet nazwy. Po drodze na szczyt pogadałem przez telefon z moim synem Karolem a potem z Gosią. Deszcz padał coraz mocniej. Nie zazdrościłem wyprzedzanemu sakwiarzowi, który tarabanił się na górę na objuczonym rowerze. Tym bardziej, że komputer pokazał tylko 6 st. C. Był to Francuz, jadący przez Austrię do Włoch, jeśli dobrze pamiętam. Piotrek lubi takie klimaty rowerowo-podróżnicze, więc nie opuścił okazji, żeby zagadać i sfotografować się z podróżnikiem.

14191668_1160441664012009_941648796_oFoto: Jacek Siudziński

Na szczycie zrobiliśmy 20 minut przerwy na przebranie tego co pod kurtką i dalej w drogę. Zarejestrowałem wysokość 1636m, czyli lekko powyżej poprzedniego najwyższego szczytu na trasie (ech… to moje zamiłowanie do cyferek 🙂

Pozostało zjechać. Mokro, więc trzeba było mocno uważać. Może to i dobrze, że padało, bo krowy się pochowały. Cztery lata temu mój team musiał je przeganiać z drogi.

Na dole temperatura wzrosła do 13 stopni, a przed nami ukazało się trochę płaskiego w kierunku Innsbrucka.

14163985_1160440817345427_1987720630_o

Foto: Jacek Siudziński

Race Around Austria 2016 – odc. 6 – zamiast Hochtor’a

Piątkowym rankiem, po 2 godzinach nocnego postoju nieopodal miejscowości Strassen, mając na liczniku 1210 km, ruszyliśmy w
kieunku Lienz aby potem wjechać w rejony Grossglockner Hochalpenstrasse.

Dostaliśmy informację od organizatora, że trasa została zmieniona z powodu niskiej temperatury (-5 st.) i śniegu na Hochtor, czyli najwyższym punkcie trasy (2500 m npm). Niektórzy o tym punkcie mówią Grossglockner, ale nie oszukujmy się – Grossglockner to trudno dostępny, najwyższy szczyt Austrii (3798m npm) i o ile znam takich, którzy tam weszli, to chyba nikt nie zna nikogo, kto by tam wjechał rowerem, tym bardziej szosowym.

Natomiast z trasy na Hochtor widać piękne ośnieżone Alpy… i Grossglocknera także. Żałowałem, ze nas tam nie będzie, właśnie z powodu widoków i chęci ponownego sprawdzenia się na tym kilkudziesięciokilometrowym podjeździe o przewyższeniu 1800m, licząc od Lienz. Żałowałem, że wyścig będzie krótszy niż normalnie i nie będę mógł w pełni porównać danych (zboczenie zawodowe), ani „wyrównać rachunków” z wyścigiem na pełnym dystansie. Z drugiej strony – odpadło martwienie się o to, jak sobie poradzić z zimnem i śliskimi zjazdami.

Na poprzednich wyścigach byłem w tych okolicach w sobotę rano. Teraz jestem dobę wcześniej. Wystartowaliśmy we wtorek po południu a nie – jak zazwyczaj – w środę rano. Z tych kalkulacji wynikało, że tym razem potrzebowałem na dotarcie tu kilku godzin mniej. Dokładne obliczenia i analizy jeszcze przede mną, ale już teraz widzę dwa powody lepszego wyniku:
1) krótsze postoje, a raczej łączny czas postojów
2) szybsza jazda pod górę

Skoro trasa miała biec skrótem, wyobraziłem sobie, że puszczą nas doliną, po w miarę płaskim terenie. To był błąd. Od jakiegoś czasu jadąc wyścigi nie oglądam dokładnego profilu i nie liczę, ile przewyższeń jeszcze mi zostało. Kiedyś robiłem to namiętnie i odliczałem metry pod górę. Teraz wystarcza mi informacja, że będzie pod górę albo płasko albo z góry. Potrzebuję tego, żeby wiedzieć, czy mam się przebrać w suche, cieplejsze ciuchy (jeśli w dół) albo czy mogę zostać w mokrym lub się rozebrać (jeśli pod górę). W szczegóły nie wnikam, żeby nie myśleć „ile do końca”.

Tym razem niestety miałem wyobrażenie płaskiego odcinka skonfrontowane z rzeczywistością, która była jednak „pod górę”. Nie tak jak pod Hochtor, ale jednak pod górę. Do tego – poranek (najgorszy czas dla mnie na jazdę) i deszcz zadziałały deprymująco. Obiektywnie nic złego się nie działo, ale głowa nastawiła się negatywnie i kręciło mi się słabo. Jeszcze jedno – po nocnej przerwie tyłek nie mógł się uleżeć na siodle. Efekt był taki, że trudno było mi trzymać się aktywnej jazdy i kręcić bez przerw. Czyli nie dawałem rady prostej ultrakolarskiej zasadzie, której nauczył mnie mój przyjaciel Sebi Olbrich – „Keep on moving!”

Wyprzedził mnie Hiszpan, ale on też jechał nierówno. Raz pędził jak szalony, raz zwalniał i długo poprawiał sobie kask, a jeszcze innym razem stawał na stacji benzynowej. Chłopaki podejrzeli, że zatrzymał się, żeby zjeść zupę. Mnie ta jego zupa utkwiła w pamięci i po kolejnych kilkuset kilometrach także zażyczyłem sobie takiego luksusu 🙂

Droga była szeroka (kilka pasów w jedną stronę) i ruchliwa. Po 60 godzinach jazdy i braku snu, ryk silników stawał się denerwujący a blisko przejeżdżające pojazdy wytrącały z komfortu i powodowały delikatne lęki. To wszystko było spotęgowane, kiedy nade mną pojawiał się tunel albo galeria zabezpieczająca przed spadającymi kamieniami i lawinami. Deszcz padał z przerwami, asfalt był mokry, temperatura około 5 stopni. Trasa wiła się między szczytami na zmianę wypłaszczając się i nastramiając. Przez to trudno mi było ocenić, czy jadę tak wolno, bo nie mam siły, czy dlatego, że jest pod górę. Czasami wydawało się, że jest z górki, a to było nadal pod górkę, tylko dany odcinek był umiejscowiony pomiędzy fragmentami bardziej
stromymi. Zupełnie niepotrzebnie się na tym koncentrowałem. Powinienem był po prostu patrzeć na waty i lecieć swoje, bo po 2 godzinach od startu odpuścił jedyny obiektywny przeszkadzacz, czyli ból tyłka, a ja nadal nie mogłem się skupić na jeździe.

Na szczycie podjazdu (1632m npm) czekał na mnie Felbertauerntunnel, którego nie można było pokonać na rowerze i zawodnicy musieli przejechać 6 km w swoim pacecar’ze. Niby fajnie, ale nie do końca. Po podjeździe oczywiście byłem mokry. W aucie spociłem się jeszcze bardziej, a potem był zjazd do Mittersill, miejscowości położonej na zachód od Zell am See, w pobliżu której kończył się tradycyjny zjazd z Hochtor. Zell am See miło wspominam, bo nieopodal byłem 13 lat temu z moją Gosią na wakacjach. Też padało 🙂

Tu mieliśmy koniec objazdu a raczej skrótu. Nie pamiętam szczegółów, więc chyba jednak nie trząsłem się tak bardzo, jak podczas poprzedniego zjazdu. Tym razem nie było zaplanowanego postoju i „z rozbiegu” atakowaliśmy kolejne wzniesienie…

received_1160063417383167Foto – Jacek (masażysta i ratownik), z lewej – Jarek (szef ekipy i technik), z prawej – Piotrek (mechanik i żywiciel)

Race Around Austria 2016 – odc. 5 – spadające gwiazdy pod Obertilliach

Za miastem Ferlach, po wieczornym postoju miałem – po raz trzeci nocą – zmierzyć się z podjazdem, który nazywam Obertilliach, od nazwy najwyżej położonej miejscowości. Określam to też mianem „góry biatlonistów”, bo w owym kurorcie dwa lata z rzędu (2012 i 2013) napotkaliśmy ekipę polskich biatlonistów trenujących w tutejszych Alpach. Urok mijanych nocą górskich, turystycznych wiosek, oświetlonych knajpek, bajecznych chat i kościółków przyprawia mnie o optymistyczny nastrój i dobrze mi się jeździ w takiej lekko nierzeczywistej bajkowej aurze.

Główną część podjazdu stanowiło 40 kilometrów z 700m na 1500m npm. Były odcinki bardzo sztywne, szczególnie w miasteczkach. Na szczęście maszyna płuca-nogi kręciła bez problemów. Nie przeszkadzała też – jak przed trzema laty – wysokość nad poziomem morza, powodująca wtedy płytki oddech. Technika jak na Soboth – pupa na siodełku, kręcą nogi, reszta ciała luźna, pozycja wyprostowana.

Tej nocy spadało sporo meteorytów. Z pozycji roweru udało mi się zaobserwować siedem. Chłopaki zamknięci w pacecarze nie mieli tyle szczęścia. Świecił chyba też księżyc, bo dobrze pamiętam lekko oświetlone, wysokie stoki po lewej (południowej) stronie. To Włochy.

Trasa wiodła w pewnych cyklach. Jechaliśmy przez wioskę, następnie był las i skalna ściana, czasem most na przepaścią albo strumieniem i znowu wioska…. Tak  w nieskończoność. Wydawało mi się, że tych wiosek było kilkadziesiąt. Teraz odczytuje na mapie jakieś 17-18.

Przy jednej ze ścian skalnych minęliśmy pacecar Alexa Greisbergera, z którym walczyłem o dobrą lokatę. Do tej pory Alex był głównie przede mną, ale jego decyzja o śnie w połowie podjazdu spowodowała, że go wyprzedziliśmy. Przypomniał mi się wtedy cyctat z Edi’ego Fuchsa, zwycięzcy RAA: „Kto śpi ten przegrywa, kto narzeka, ten już przegrał”. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że walka trwa, ale wyglądało na to, że zdolność do pokonywania całych podjazdów, bez konieczności zatrzymywania się jest moim kapitałem, którym w poprzednich edycjach wyścigu nie zawsze mogłem się pochwalić.

W pacecarze pracowali Kuba, Maciek i Michał. Chłopaki wysiadali z auta i podbiegali sobie ze mną. Poza tym gadaliśmy sobie. Patrzyliśmy np. na wieżę kościoła i każdy mówił jakie ma skojarzenia. Rakieta, szyja i dziób bociana… Ten kościół to było już Obertilliach, czyli jesteśmy na szczycie i na 1200 kilometrze wyścigu.

Teraz jeszcze trzeba zjechać do kampera. Dystans krótki, bo tylko 10 kilometrów, ale już na początku obserwuję, że ręce i nogi drgają mi w sposób uniemożliwiający jazdę. Temperatura spadła do 0 stopni C. Jedyną skuteczną metodą było stałe hamowanie na zjeździe, tak aby pod pedałem był opór, aby trzeba było użyć siły. W ten sposób mokry i zziębnięty organizm generował trochę ciepła i to wystarczyło na dotarcie na „nocleg”.

W kamperze gorąca kąpiel, folia NRC, jedzenie i spanie 90 minut (też po tą folią – super wynalazek, jeśli trzeba natychmiast się ogrzać.

14169722_1070408613012626_568276779_nFoto: Michał, Ogrzewanie: Jacek, Kalorie: Zbyszek

Race Around Austria 2016 – odc. 4 – Ze Strasserem pod Soboth

O ile winnice oznaczały jazdę po stromych, ale krótkich pagórkach, o tyle Soboth (1347m npm) to już był szczyt w prawdziwego zdarzenia. Pamiętałem tą górkę dobrze z poprzednich wyścigów. Długi a pod szczytem dość stromy podjazd. Kiedy u podnóża zapytałem chłopaków, jak długi, usłyszałem, że 36 kilometrów. Myślałem, że się przesłyszałem, ale po krótkiej analizie tego co widziałem w terenie i na swoim Garminie, doszedłem do wniosku, że ten podjazd rzeczywiście ma prawie 40 kilometrów a do tego 1050m w pionie.

Cieszyło mnie to. Szukałem na podjeździe szansy – po pierwsze: na dogonienie jakiegoś zawodnika, po drugie: na chwilę rozmowy z Chrisem (lepsze to niż miałby mnie wyprzedzać na zjeździe). Do tego w podjazd wszedłem dość gładko. Kręciłem z założoną mocą – 180W. Na siedząco. Angażowałem tylko nogi, resztę ciała starałem się rozluźnić. Pozycja wyprostowana. Rękami ledwie sięgałem podpórek od lemondki.

Dość szybko doszedłem jednego Austriaka, który jechał szlaczkiem, z taką prędkością, że trudno mu było utrzymać równowagę. W takim razie to musiało być wolniej niż 6 km/h. Przeżyłem to na poprzednich RAA. Obok niego lekko kręcił… Strasser? Czyżby? Poznałem po ubraniu. Strój w kolorach białym, żółtym i zielonym. Dojechałem do nich i ujrzałem brodę na twarzy Chrisa. Spojrzałem mu ze zdumieniem w oczy. Facet zorientował się, o co chodzi i odparł: „I’m not Strasser”.

Cóż, okazuje się, że najwierniejsi fani Chrisa jeżdżą w jego oficjalnym stroju, tak jak u nas chłopcy (starsi i młodsi) ganiają w koszulkach CR7, Messi’ego albo Lewego. Zresztą, sam bym się ubrał w taki komplet. Ciekawe, ile daje dodatkowych watów? 😉

Zanim pojawił się „prawdziwy” Strasser na wypłaszczeniu złapałem gumę w jednej szytce, a z drugiej lekko zeszło powietrze. Chłopaki wymienili koła i po 3 minutach byłem z powrotem na wzniesieniu. Chris pojawił się na 3,5km przed szczytem. Najpierw usłyszałem, jak przez tubę rozmawiają z nim jego załoganci. Potem wyprzedził mnie jego wóz, z którego popłynęło parę ciepłych słów w moim kierunku. Miła załoga, chociaż trochę sztywna. Wolę moją 🙂 Chłopaki od Ultrakolarza zawsze mają pozytywny power :))) Następnie niespiesznie za moimi plecami przybliżała się postać w jasnym stroju. Kręcił na stojąco, w równym, zaplanowanym pewnie, tempie. „How are you, Remek?” „Thanks, good, and you?” „I’m ok. thanks. Good luck!” I tyle byłoby z pogawędki. Chris leciał skoncentrowany i uprzejmości cedował na team, samemu ograniczając się do kurtuazyjnego minimum. Nie zdążyłem, więc zapytać, czy zamierza spać i czy chce pobić rekord trasy.

Wyprzedził mnie, ale jechał tylko nieznacznie szybciej, więc postanowiłem, zachowując stosowną odległość, pojechać trochę w jego tempie. Waty wzrosły mi do 215, czyli o 30-40. Było to dla mnie wyraźnie szybciej od planu, ale mogłem tak jechać na sam szczyt, chociaż czułem że lekko się gotuję. Przemówił do mnie wewnętrzny głos rozsądku i Michał. Obaj wiedzieliśmy, że trzeba się trzymać planu a nie kozaczyć przy Strasserze.

Chris powoli się oddalał a jego team „skakał” przy nim podając mu ręcznik, ściągając kask (czy to zgodne z przepisami?) i zakładając czapeczkę. Trochę to wyglądało jak „obstawa prezydenta”.

Zanim obaj dojechaliśmy na górę, rozpętała się ulewa i gdzieś w oddali widać było błyski. Burza było daleko, więc bez obaw. Natomiast deszcz utrudniał widoczność. Cały wyścig jechałem bez okularów, bo szczególnie przy takiej pogodzie, zamiast lepiej, widzę w nich gorzej – tylko para i krople wody. Na zjeździe nie było lepiej. Bardziej stromo niż na podjeździe, przez to krócej, ale jednak całe 16 kilometrów, które nie chciało się skończyć. Przez mokrą nawierzchnię zjeżdżałem asekuracyjnie, hamując często. Zjazd wlókł się i miałem wrażenie, że cały czas setki metrów w pionie pode mną. Właściwie to, co oznacza ten Soboth? Sabat czarownic? To było moje najbliższe skojarzenie.

Na dole byłem na tyle zziębnięty, że zacząłem się rozglądać za busem. Szczęśliwie nie było go w pobliżu (dzięki chłopaki!), bo pewnie chciałbym wejść i się ogrzać, przebrać, czyli cenne minuty stracone. Zamiast busa zobaczyłem, że na stacji benzynowej stanęli Strasser i „Contador”, czyli właśnie ich wyprzedzałem. To usunęło wątpliwości z moich myśli. Pognałem przed siebie. Co prawda konkurenci wystrzelili jak z procy i mnie wyprzedzili, ale co najmniej jeden z nich (tak, Hiszpan) jechał „nie swoim” tempem. Nawet przez chwilę chyba wyprzedził Chrisa albo jechał mu na kole (zabronione!), co było jak porywanie się z motyką na słońce. W pewnym momencie Chris wszystko zakończył, wyprzedzając pacecar Hiszpana szerokim łukiem po lewej stronie. Był tam ktoś jeszcze – Severin Zotter. Zwycięzca ubiegłorocznego RAAM Solo jechał tym razem w 2-os. teamie i pomknął jeszcze szybciej niż Chris.

Tu warto dodać, że zarówno w RAAM, jak i w RAA, oprócz zawodników Solo startują także 2- i 4- osobowe team’y. Jednak nie są to team’y w naszym rozumieniu (zespół jedzie razem), a są to sztafety, czyli kolarze zmieniają się (jeden jedzie na rowerze, a pozostali – w aucie). Dlatego team’y poruszają się znacznie szybciej niż kolarze solo, bo team’owi kolarze mają dużo czasu na odpoczynek.

Deszcz przestał padać, droga prowadziła lekko pod górę. Mokre ubrania pod Sturm Prinzem ponownie się ogrzały i mogłem jechać komfortowo dalej. Niedługo po osiągnięciu 1000-ego kilometra trasy ponownie wyprzedziłem Javiera a przewyższenia zaczęły przybierać na sile – wjeżdżaliśmy w Dolomity.

Pamiętam ten moment z 2012 roku. Wtedy po osiągnięciu swojego „małego” rekordu, czyli najdłuższego dystansu non-stop (wcześniej miałem 1008km z Bałtyk-Bieszczady) straciłem czasowo motywację do dalszej aktywnej jazdy. Mogłem co prawda jechać, ale nie miałem motywatora do mocniejszego kręcenia. Po prostu byłem wtedy bardzo zorientowany na cel, na jakieś osiągnięcie, a na horyzoncie była jedynie meta, bardzo odległy cel, przez co morale nie dawało rady. Po paru latach nauczyłem się koncentrować na dobrej jeździe, nauczyłem „czuć się dobrze” jadąc, czerpać z tego radość, a nie czekać na odległy cel, np. metę, przerwę w jeździe itd. To przełączenie się z oczekiwania, niecierpliwienia się itd. na myślenie o „tu i teraz” przesunęło mnie o milowy krok na drodze przez kolejne lata i wyścigi.

Tak rozmyślając dotarłem do wieczornej, 15-minutowej przerwy na posiłek (mieliśmy 3 przerwy w ciągu doby), aby przebrany i najedzony ruszyć na nocny podbój i zaliczyć kolejny szczyt położony 1100 metrów wyżej.

mms_20160828_220439

Foto: Michał Dąbski (gdzieś między pokrzykiwaniami „Jedziesz swoje!”, „Nie goń go!”…)

Race Around Austria 2016 – odc. 3 – Winnice i ucieczka przed Christophem

Trzeci dzień wyścigu był całkiem łaskawy w kwestii pogody. Nie padało. Moja najlepsza, świeżo zakupiona kurtka i właściwie niemal jedyna, której używałem, czyli Assos Sturm Prinz, mogła ode mnie odpocząć. Poza nią korzystałem tylko z bardzo lekkiej, cieniutkiej i nieśmiertelnej żółtej wiatrówki w Decathlonu. Mam ją co najmniej od pierwszego startu w Bałtyk-Bieszczady, czyli 7-y sezon, a być może nawet dłużej. Obie mają bardzo dobre właściwości cieplne. Mimo, że pod kurtką jestem mokry, to nie czuję, że jest mi zimno.

Nogi kręcą dobrze, kontuzji brak. Wszystko idzie po mojej myśli. Najpierw wyprzedzam Austriaka. Właściwie wyprzedzam go dwa razy, bo raz zjeżdżam przez pomyłkę na nieobowiązkowy bufet organizatora (tracąc przy tym 2 minuty) i muszę gonić zawodnika ponownie. Generalnie na wyścigu nie ma bufetów i każdy zaopatruje się sam, jednak na trasie można spotkać 2-3 miejsca, takie „strefy kibica”, gdzie są organizatorzy, zorganizowane grupy kibiców, miejsce do odpoczynku i wyżerka. My jednak z zasady nie stajemy tam, żeby nie tracić czasu – po prostu mamy zaplanowane swoje punkty postoju.

Następny spotkany kolarz to także Austriak – Manuel Moravec. Wygląda na bardzo młodego, oczy ma przekrwione i jedzie dość nierówno. Zwalnia, przyśpiesza, staje na pedały, przestaje kręcić… Rozmawiam z nim trochę. Planuje sen, ale nie chciałby przegapić, kiedy wyprzedzi go Christoph Strasser, który jest oczywiście faworytem do wygranej, do rekordu trasy i w ogóle jedynym, niemal pewnym kandydatem do zdeklasowania całej stawki. W Austrii Christoph jest idolem, szczególnie wśród kolarzy. Nawet był w TOP10 najpopularniejszych sportowców kraju. Manuel opowiada mi o swoim występie w Glocknerman‚ie.  To zawody na dystansie 1000 km z przewyższeniami 19000m!!! (czyli 19m w górę na każdy kilometr). Dla porównania nasz wyścig Góry MRDP to odpowiednio 1122km i 15000m przewyższenia (13m/km, podobnie jak RAA). W przypadku RAAM jest to 10m/km.

Kiedy tak mijamy się z Manuelem, dzwoni Gosia. Bardzo cieszy mnie jej głos. Możemy swobodnie rozmawiać, bo telefon mam spięty przez bluetooth z systemem Cardo. Kiedy ktoś do mnie dzwoni, a ja słucham sobie mp3 z telefonu (też przez Cardo), słyszę dzwonek i mogę odebrać jednym przyciskiem na kasku. Oczywiście nigdy nie mam pewności, kto dzwoni. Na początku wyścigu odebrałem telefon z automatyczną sekretarką, która próbowała mi na promocji sprzedać miał węglowy i ekogroszek :). Tym razem na szczęścia dzwoniła Gosia. Przekazała mi dokładne wyniki wyścigu, który jestem, kto za mną, kto przede mną i jakie są różnice czasowe. Cenne informacje, bo apka organizatora była fatalna i naprawdę ciężko było z niej coś wyczytać.

Tymczasem powoli wkraczaliśmy w prawdziwe ściganie. Winnice przy południowo-wschodniej granicy zwiastowały pierwsze poważne wzniesienia. Jak to winnice, były położone na stokach. Stoki nie były duże, ale za to teren mocno pofałdowany, więc  jeździliśmy góra-dół-góra-dół. Trzeba było dobrze to zaatakować technicznie.  Za każdym razem musiałem zdecydować, czy dokręcać na zjeździe, żeby wtoczyć się na kolejne wzniesienie, czy raczej oszczędzać nogi.

Pisałem już, że pod górkę jechałem 40W więcej niż po płaskim. Za to na zjazdach starałem się nie dokręcać. Dlaczego? Przeczytałem o tym u Joe Friel’a („Podręcznik treningu z miernikiem mocy”). Chodzi o to, że przy większej prędkości (np. na zjeździe) opór powietrza jest odpowiednio większy, w związku z tym dodatkowa moc przeznaczona na pokonanie go jest mniej efektywna niż w sytuacjach, gdy prędkość jest mniejsza np. na płaskim a w szczególności na podjeździe.

Między winnicami spotkałem „starego znajomego” – Hiszpana. Javier Iriberri Villabona – tak brzmi jego imię i nazwisko. Właśnie mnie dogonił. Na podjazdach był rzeczywiście dobry. Niski – zdaje się około 160cm. Drobny. Ubrany w „orzeszek” Movistaru. Podjazdy pokonywał w stylu Contadora, czyli na stojąco, mocno bujając rowerem.

Przez te winnice jadę już trzeci raz i zawsze jestem zachwycony tym krajobrazem i bogatymi gospodarstwami przyległymi do zadbanych, równo posadzonych rzędów winorośli. Jednak tym razem czerpanie paliwa z krajobrazów przeplatało się w mojej głowie ze świadomością, że oto już niedługo pojawi się za mną mistrz Strasser i dobrze by było ten moment jak najbardziej opóźnić. Przejechaliśmy nieco ponad 800 kilometrów. Christoph wyruszył 14 godzin po pierwszym zawodniku (13,5h po mnie) i teraz połyka kolejno stawkę. Ten pierwszy odcinek jedzie naprawdę szybko. Jest kilkadziesiąt kilometrów za mną. Ja jadę już półtorej doby, on – 24h.

13935137_894483943989991_3753044880363485292_nFoto: Ultrakolarz Crew Team

Race Around Austria 2016 – odc. 2 – Start i pierwsze problemy

Zanim stanąłem na starcie, zapodałem kolejną drzemkę. W końcu ruszamy o 18:28 i cała noc przede mną. Po przebudzeniu miałem kilkadziesiąt minut do startu. Czułem się spokojny, spowolniony i zrelaksowany. Jednak im było bliżej godziny „0”, tym bardziej zaczęło rosnąć we mnie poddenerwowanie i niepewność. O moją dyspozycję, o ekipę, o sprzęt…

Kiedy już wziąłem rower i zbliżyłem się do rampy startowej, mając kilka minut do wyruszenia w drogę, uczucie zmieniło się w oszołomienie. Energia rosła, ale byłem jakby w bańce, do której nie wszystko docierało. Zaraz za mną stał Alex Greisberger, którego poznałem kilka lat temu. Wpadłem mu w ramiona a potem przemieściłem się na rampę.

Na minutę przed startem krótki wywiad. Pytali mnie o Everesting. Padał deszcz. Czułem, że potrzebuję podnieść trochę poziom energii i zacząłem coś krzyczeć do widowni. W zasadzie, przez to opóźniłem o kilka sekund swój start. Sędzia musiał  mi przypominać, że już mogę jechać 🙂

Niedługo potem pożyczona koza zaczęła wydawać z siebie jakieś stuki. Na szczęście jechała. Do czasu, kiedy nie nawaliła przednia przerzutka. Wkurzyłem się, a tymczasem wyprzedził mnie Alex. Stanęliśmy, żeby chłopaki to poprawili – wyprzedziło mnie 4-5 zawodników. Nie udało się – dostałem w zamian Treka i poszło bez problemów.

Po 4 godzinach i 115km jazdy stanęliśmy na masaż, jedzenie i przebranie. Nie tyle mi była potrzebna ta przerwa, co chłopakom na reaktywację Ordu.

Po tej interwencji szło nadzwyczaj dobrze. Na kozie jechałem o 10% szybciej niż jechałbym na Treku. Siodło nie moje, ale przynajmniej oszczędzałem tyłek w miejscach, w których na kolejnych kilometrach rzeźbiło mi SMP Lite 209.

Teren był pagórkowaty i przewyższenia stopniowo rosły, jednak cały czas dało się ogarniać to rowerem czasowym. Kolejny postój mieliśmy po 12 godzinach od startu. Bez snu – tylko odpoczynek w pozycji leżącej.

W pierwszą dobę zrobiłem 575km. Prawie wyłącznie na Ordu. W sumie na dobre zmieniłem rower na Treka dopiero po 30h. Nie miałem problemów z agresywną geometrią Orbei, mimo że wcześniej niewiele jeździłem na niej i w ogóle nie miałem doświadczenia z rowerem czasowym.

Pytaliście o ustawienia roweru na długie dystanse. Zawsze robię Body Geometry Fit u Wojtka Marcjoniaka w Airbike. Ogólnie rzecz biorąc ustawiamy pozycję, która jest kompromisem między efektywnością jazdy a komfortem ze wskazaniem na komfort. Co z tego, że miałbym agresywną pozycję, jeśli w trakcie wyścigu nie dałbym rady jej utrzymać ze względu na ból kręgosłupa lub Shermer’s Neck? Jednak z roku na rok jestem w stanie dłużej trzymać  pozycję aero. Na początku robiłem to przy pomocy lemondki, teraz zdecydowałem się na rower czasowy na pierwszą część trasy. Na pewno nie ma uniwersalnej pozycji dla każdego ultrasa. Kwestia indywidualna. Do pozycji aero trzeba się wytrenować, a przede wszystkim warto robić fiting, najlepiej co roku.

Wracając na trasę… po 30h miałem 90 minut snu. Udało się zasnąć, chociaż jak zwykle płuca gwizdały, serce waliło i towarzyszył mi znajomy odruch kaszlu. Spałem z przerwami a co do kaszlu, to Jacek mnie na bieżąco osłuchiwał, żeby wykryć ewentualne zapalenie. Na szczęście nic takiego się nie pojawiało.

Po pierwszym śnie zacząłem usadawiać się ponownie na siodełku. Po przerwie zawsze jest z tym problem i trochę wiercenia się. Kiedy opanowałem punkt styku z siodłem, okazało się, że nie jestem w stanie cisnąć z założoną mocą.

Tu czas na przedstawienie taktyki jazdy. Tak, jechałem na moc. Tętno niestety dryfuje w dół po kilkuset kilometrach i ciężko się na nim opierać. Moc jest lepszym wskaźnikiem do planowania jazdy. Na podstawie doświadczeń określiłem sobie plan:

1-a godzina: 180W po płaskim, (+40W pod górkę)

kolejne 2 godziny: 170W po płaskim (+40W pod górę)

kolejne 4 godziny: 160W po płaskim (+40W pod górę)

kolejne 8 godzin: 150W po płaskim (+40W pod górę)

kolejne 16 godzin: 140W po płaskim (+40W pod górę)

kolejne 32 godziny: 130W po płaskim (+40W pod górę)

kolejne 64 godziny: 120W po płaskim (+40W pod górę)

To był strzał w dziesiątkę. Udawało się tego trzymać i wyprzedzać zawodników jadąc swoim tempem. Zauważałem też, że inni kolarze, kiedy się do nich zbliżałem świadomie/podświadomie przyśpieszali, czyli wychodzili ze swojego tempa. Kiedy jechałem 180W pod górkę dojechałem do Hiszpana, kiedy zrównałem się z nim licznik zaczął mi wskazywać 210W, więc się wycofałem za niego. Po czym on znowu zwolnił i zabawa od nowa…

Plan realizowałem bez przeszkód właśnie do czwartkowego ranka, kiedy po ponad 30h jazdy i śnie stwierdziłem, że system przestał działać i brakuje mi sił, żeby wejść na założone waty.

Kilka porannych godzin zajęło nam rozkminienie, że po prostu brakuje mi stałego pokarmu (izotonik, żele i nutridrinki okazały się za małym dostarczycielem węglowodanów). Powinniśmy byli zarzucić makaron/ryż nie tylko przed pójściem spać, ale też po przebudzeniu, bo ta porcja przed snem wystarczyła widocznie tylko na regenerację.

Temat załatwiliśmy paroma batonami i poszło!

13939619_892643134174072_6204689898029881057_n

Foto: ktoś od organizatora RAA 😉

Race Around Austria 2016 – odc. 1 – Przed startem

Na start do Race Around Austria Solo 2200km non-stop wyjechaliśmy w sobotę 6 sierpnia, czyli na 3 dni przed wyścigiem. Ja z Michałem, Maćkiem i Kubą wyruszyliśmy rano busem. Jarek z Piotrkiem, Jackiem i Zbychem jechali kamperem i dotarli na miejsce w niedzielę.

Jednym zdaniem nasza załoga na RAA to kolarz i siedmiu facetów jako Crew Team, podzielonych na dwa mniejsze zespoły w 2 autach. Ekipy wymieniały się miedzy busem a kamperem, bo w tym drugim był czas na odpoczynek a w busie praca była intensywniejsza. Bus to pacecar, czyli jazda zaraz za kolarzem albo w trybie leap frog (wyprzedzanie kolarza, zatrzymanie na poboczu, poczekanie aż kolarz wyprzedzi itd). Zadania tego zespołu to głównie nawigacja, karmienie, serwis rowerowy, kontakt z kolarzem i ew. pomoc w przebraniu. Ekipa kampera miała zadanie jechać do przodu na miejsce planowanego postoju (przewidzianego na przebranie, jedzenie, masaż, ew. sen) oraz zrobić pranie i jedzenie. Tych zadań było zapewne więcej, ale to już musicie pytać chłopaków – ja nie byłem wtajemniczany we wszystko, miałem swoje własne zadanie – jechać 🙂

Sprzęt rowerowy przygotował mi Maciek z Roadbike’a a serwisem zajmowali się także Piotrek i Kuba. Korzystałem z pożyczonego od Grześka z Siedlec roweru czasowego Orbea Ordu na kołach Jagu i oponach Specialized Turbo oraz swoich Treków Domane z lemondkami na kołach Spinaro wyposażonych w szytki. Dodatkiem oszczędzającym waty był ceramiczny suport. Siodło sprawdzone – SMP Selle Lite 209. Lampy – niezmiennie od lat – Mactronic Bike Pro Noise.

Ważnym elementem był licznik Garmin Edge 1000 z nawigacją (jako uzupełnienie tej z auta), pulsometrem i pomiarem mocy Garmin Vector na oba pedały. Licznik był wspomagany powerbankiem, więc finalnie udało nam się zapisać dane z wyścigu w jednym kawałku.

Na pokładach aut mieliśmy na tabletach oprogramowanie naviro.net napisane przez Jarka, dzięki któremu Crew Team mógł się m.in. (bo to niezły kombajn, pisany od 5 lat,  idealny na ultrawyścigi – Jarek, kiedy zaczniesz go sprzedawać kolarzom?) nawigować, śledzić statystyki i postęp jazdy vs plan, sprawdzać prognozę pogody i lokalizować wzajemnie oba nasze auta. Samochody były dodatkowo wyposażone w przetwornice prądu, żeby obsłużyć całe zapotrzebowanie na zasilanie koguta na dachu, szczekaczki, telefonów, tabletów, ładowanie lamp i Cardo (systemu do łączności kolarza z autem i komórką) oraz dostępu do Internetu (mieliśmy rutery z austriackimi simami), aby chłopaki mogli sprawdzać wyniki wyścigu na bieżąco i pisać, słać foty i filmy na Facebooka.

Jacek (ratownik medyczny, masażysta i fizjoterapeuta) zabrał ze sobą całe niezbędne wyposażenie medyczne. Podejrzewam, że mieliśmy nie wiele mniej niż to co mają w karetkach 😉  „What the f..ck – Jacek! Co to są za worki z zamkiem błyskawicznym?!?! 😉 A na serio – przydało się trochę tych rzeczy, np. folia NRC i lód w spray’u.

Do tego mieliśmy kilka pudeł ubrań oraz jedzenie (w tym woda, izotonik, kawa, nutridrinki, żele, batony i półprodukty do przygotowania stałych pokarmów). Kamper był wyposażony w kuchnię, sypialnię i łazienkę z prysznicem, co pomagało w sprawnym zorganizowaniu przerw i sprzyjało szybkiej regeneracji przed dalszą jazdą.

Zatrzymaliśmy się w hotelu kilkaset metrów od startu, żeby ułatwić sobie logistykę. Od momentu wyjazdu do samego startu towarzyszył mi Michał, który zdejmował ze mnie wszystkie sprawy, decyzje i wątpliwości. Po prostu dbał o mój komfort i organizował mi relaks. Moim zadaniem było wysypianie się (przez 3 doby przed startem spałem 30 godzin), odpoczynek (oglądanie Olimpiady), jedzenie (ładowanie węglowodanów) i trening…

W związku z przygotowaniami sprzętu i dojazdem do Austrii wypadły mi dwa treningi (piątkowy i sobotni), więc pozostał do wykonania niedzielny (3 godziny na zmianę po 0,5h w tempie i w wytrzymałości) plus poniedziałkowy (regeneracja 1,5h). Oba pojechałem zgodnie z początkiem trasy wyścigu.

raa austria 06-15.08.2016 019 — kopia

Foto: Jacek Siudziński (stylówa – Jacek Siudziński)

RAA 2016: 8 miejsce z czasem 114:52:32

W niedzielę 14 sierpnia 2016 wraz z 7 osobowym teamem wspierającym dotarliśmy na metę Race Around Austria. 8 miejsce na 20 startujących (kat. Extreme Man) to spory progres od ostatniego uczetnictwa w tym wyścigu 3 lata wcześniej. Wtedy z czasem 132:51:00 nie zmieściłem się w limicie czasu.13958099_10153813375528807_1505282718264036685_o