Race Around Austria 2016 – odc. 5 – spadające gwiazdy pod Obertilliach

Za miastem Ferlach, po wieczornym postoju miałem – po raz trzeci nocą – zmierzyć się z podjazdem, który nazywam Obertilliach, od nazwy najwyżej położonej miejscowości. Określam to też mianem „góry biatlonistów”, bo w owym kurorcie dwa lata z rzędu (2012 i 2013) napotkaliśmy ekipę polskich biatlonistów trenujących w tutejszych Alpach. Urok mijanych nocą górskich, turystycznych wiosek, oświetlonych knajpek, bajecznych chat i kościółków przyprawia mnie o optymistyczny nastrój i dobrze mi się jeździ w takiej lekko nierzeczywistej bajkowej aurze.

Główną część podjazdu stanowiło 40 kilometrów z 700m na 1500m npm. Były odcinki bardzo sztywne, szczególnie w miasteczkach. Na szczęście maszyna płuca-nogi kręciła bez problemów. Nie przeszkadzała też – jak przed trzema laty – wysokość nad poziomem morza, powodująca wtedy płytki oddech. Technika jak na Soboth – pupa na siodełku, kręcą nogi, reszta ciała luźna, pozycja wyprostowana.

Tej nocy spadało sporo meteorytów. Z pozycji roweru udało mi się zaobserwować siedem. Chłopaki zamknięci w pacecarze nie mieli tyle szczęścia. Świecił chyba też księżyc, bo dobrze pamiętam lekko oświetlone, wysokie stoki po lewej (południowej) stronie. To Włochy.

Trasa wiodła w pewnych cyklach. Jechaliśmy przez wioskę, następnie był las i skalna ściana, czasem most na przepaścią albo strumieniem i znowu wioska…. Tak  w nieskończoność. Wydawało mi się, że tych wiosek było kilkadziesiąt. Teraz odczytuje na mapie jakieś 17-18.

Przy jednej ze ścian skalnych minęliśmy pacecar Alexa Greisbergera, z którym walczyłem o dobrą lokatę. Do tej pory Alex był głównie przede mną, ale jego decyzja o śnie w połowie podjazdu spowodowała, że go wyprzedziliśmy. Przypomniał mi się wtedy cyctat z Edi’ego Fuchsa, zwycięzcy RAA: „Kto śpi ten przegrywa, kto narzeka, ten już przegrał”. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że walka trwa, ale wyglądało na to, że zdolność do pokonywania całych podjazdów, bez konieczności zatrzymywania się jest moim kapitałem, którym w poprzednich edycjach wyścigu nie zawsze mogłem się pochwalić.

W pacecarze pracowali Kuba, Maciek i Michał. Chłopaki wysiadali z auta i podbiegali sobie ze mną. Poza tym gadaliśmy sobie. Patrzyliśmy np. na wieżę kościoła i każdy mówił jakie ma skojarzenia. Rakieta, szyja i dziób bociana… Ten kościół to było już Obertilliach, czyli jesteśmy na szczycie i na 1200 kilometrze wyścigu.

Teraz jeszcze trzeba zjechać do kampera. Dystans krótki, bo tylko 10 kilometrów, ale już na początku obserwuję, że ręce i nogi drgają mi w sposób uniemożliwiający jazdę. Temperatura spadła do 0 stopni C. Jedyną skuteczną metodą było stałe hamowanie na zjeździe, tak aby pod pedałem był opór, aby trzeba było użyć siły. W ten sposób mokry i zziębnięty organizm generował trochę ciepła i to wystarczyło na dotarcie na „nocleg”.

W kamperze gorąca kąpiel, folia NRC, jedzenie i spanie 90 minut (też po tą folią – super wynalazek, jeśli trzeba natychmiast się ogrzać.

14169722_1070408613012626_568276779_nFoto: Michał, Ogrzewanie: Jacek, Kalorie: Zbyszek

Race Around Austria 2016 – odc. 4 – Ze Strasserem pod Soboth

O ile winnice oznaczały jazdę po stromych, ale krótkich pagórkach, o tyle Soboth (1347m npm) to już był szczyt w prawdziwego zdarzenia. Pamiętałem tą górkę dobrze z poprzednich wyścigów. Długi a pod szczytem dość stromy podjazd. Kiedy u podnóża zapytałem chłopaków, jak długi, usłyszałem, że 36 kilometrów. Myślałem, że się przesłyszałem, ale po krótkiej analizie tego co widziałem w terenie i na swoim Garminie, doszedłem do wniosku, że ten podjazd rzeczywiście ma prawie 40 kilometrów a do tego 1050m w pionie.

Cieszyło mnie to. Szukałem na podjeździe szansy – po pierwsze: na dogonienie jakiegoś zawodnika, po drugie: na chwilę rozmowy z Chrisem (lepsze to niż miałby mnie wyprzedzać na zjeździe). Do tego w podjazd wszedłem dość gładko. Kręciłem z założoną mocą – 180W. Na siedząco. Angażowałem tylko nogi, resztę ciała starałem się rozluźnić. Pozycja wyprostowana. Rękami ledwie sięgałem podpórek od lemondki.

Dość szybko doszedłem jednego Austriaka, który jechał szlaczkiem, z taką prędkością, że trudno mu było utrzymać równowagę. W takim razie to musiało być wolniej niż 6 km/h. Przeżyłem to na poprzednich RAA. Obok niego lekko kręcił… Strasser? Czyżby? Poznałem po ubraniu. Strój w kolorach białym, żółtym i zielonym. Dojechałem do nich i ujrzałem brodę na twarzy Chrisa. Spojrzałem mu ze zdumieniem w oczy. Facet zorientował się, o co chodzi i odparł: „I’m not Strasser”.

Cóż, okazuje się, że najwierniejsi fani Chrisa jeżdżą w jego oficjalnym stroju, tak jak u nas chłopcy (starsi i młodsi) ganiają w koszulkach CR7, Messi’ego albo Lewego. Zresztą, sam bym się ubrał w taki komplet. Ciekawe, ile daje dodatkowych watów? 😉

Zanim pojawił się „prawdziwy” Strasser na wypłaszczeniu złapałem gumę w jednej szytce, a z drugiej lekko zeszło powietrze. Chłopaki wymienili koła i po 3 minutach byłem z powrotem na wzniesieniu. Chris pojawił się na 3,5km przed szczytem. Najpierw usłyszałem, jak przez tubę rozmawiają z nim jego załoganci. Potem wyprzedził mnie jego wóz, z którego popłynęło parę ciepłych słów w moim kierunku. Miła załoga, chociaż trochę sztywna. Wolę moją 🙂 Chłopaki od Ultrakolarza zawsze mają pozytywny power :))) Następnie niespiesznie za moimi plecami przybliżała się postać w jasnym stroju. Kręcił na stojąco, w równym, zaplanowanym pewnie, tempie. „How are you, Remek?” „Thanks, good, and you?” „I’m ok. thanks. Good luck!” I tyle byłoby z pogawędki. Chris leciał skoncentrowany i uprzejmości cedował na team, samemu ograniczając się do kurtuazyjnego minimum. Nie zdążyłem, więc zapytać, czy zamierza spać i czy chce pobić rekord trasy.

Wyprzedził mnie, ale jechał tylko nieznacznie szybciej, więc postanowiłem, zachowując stosowną odległość, pojechać trochę w jego tempie. Waty wzrosły mi do 215, czyli o 30-40. Było to dla mnie wyraźnie szybciej od planu, ale mogłem tak jechać na sam szczyt, chociaż czułem że lekko się gotuję. Przemówił do mnie wewnętrzny głos rozsądku i Michał. Obaj wiedzieliśmy, że trzeba się trzymać planu a nie kozaczyć przy Strasserze.

Chris powoli się oddalał a jego team „skakał” przy nim podając mu ręcznik, ściągając kask (czy to zgodne z przepisami?) i zakładając czapeczkę. Trochę to wyglądało jak „obstawa prezydenta”.

Zanim obaj dojechaliśmy na górę, rozpętała się ulewa i gdzieś w oddali widać było błyski. Burza było daleko, więc bez obaw. Natomiast deszcz utrudniał widoczność. Cały wyścig jechałem bez okularów, bo szczególnie przy takiej pogodzie, zamiast lepiej, widzę w nich gorzej – tylko para i krople wody. Na zjeździe nie było lepiej. Bardziej stromo niż na podjeździe, przez to krócej, ale jednak całe 16 kilometrów, które nie chciało się skończyć. Przez mokrą nawierzchnię zjeżdżałem asekuracyjnie, hamując często. Zjazd wlókł się i miałem wrażenie, że cały czas setki metrów w pionie pode mną. Właściwie to, co oznacza ten Soboth? Sabat czarownic? To było moje najbliższe skojarzenie.

Na dole byłem na tyle zziębnięty, że zacząłem się rozglądać za busem. Szczęśliwie nie było go w pobliżu (dzięki chłopaki!), bo pewnie chciałbym wejść i się ogrzać, przebrać, czyli cenne minuty stracone. Zamiast busa zobaczyłem, że na stacji benzynowej stanęli Strasser i „Contador”, czyli właśnie ich wyprzedzałem. To usunęło wątpliwości z moich myśli. Pognałem przed siebie. Co prawda konkurenci wystrzelili jak z procy i mnie wyprzedzili, ale co najmniej jeden z nich (tak, Hiszpan) jechał „nie swoim” tempem. Nawet przez chwilę chyba wyprzedził Chrisa albo jechał mu na kole (zabronione!), co było jak porywanie się z motyką na słońce. W pewnym momencie Chris wszystko zakończył, wyprzedzając pacecar Hiszpana szerokim łukiem po lewej stronie. Był tam ktoś jeszcze – Severin Zotter. Zwycięzca ubiegłorocznego RAAM Solo jechał tym razem w 2-os. teamie i pomknął jeszcze szybciej niż Chris.

Tu warto dodać, że zarówno w RAAM, jak i w RAA, oprócz zawodników Solo startują także 2- i 4- osobowe team’y. Jednak nie są to team’y w naszym rozumieniu (zespół jedzie razem), a są to sztafety, czyli kolarze zmieniają się (jeden jedzie na rowerze, a pozostali – w aucie). Dlatego team’y poruszają się znacznie szybciej niż kolarze solo, bo team’owi kolarze mają dużo czasu na odpoczynek.

Deszcz przestał padać, droga prowadziła lekko pod górę. Mokre ubrania pod Sturm Prinzem ponownie się ogrzały i mogłem jechać komfortowo dalej. Niedługo po osiągnięciu 1000-ego kilometra trasy ponownie wyprzedziłem Javiera a przewyższenia zaczęły przybierać na sile – wjeżdżaliśmy w Dolomity.

Pamiętam ten moment z 2012 roku. Wtedy po osiągnięciu swojego „małego” rekordu, czyli najdłuższego dystansu non-stop (wcześniej miałem 1008km z Bałtyk-Bieszczady) straciłem czasowo motywację do dalszej aktywnej jazdy. Mogłem co prawda jechać, ale nie miałem motywatora do mocniejszego kręcenia. Po prostu byłem wtedy bardzo zorientowany na cel, na jakieś osiągnięcie, a na horyzoncie była jedynie meta, bardzo odległy cel, przez co morale nie dawało rady. Po paru latach nauczyłem się koncentrować na dobrej jeździe, nauczyłem „czuć się dobrze” jadąc, czerpać z tego radość, a nie czekać na odległy cel, np. metę, przerwę w jeździe itd. To przełączenie się z oczekiwania, niecierpliwienia się itd. na myślenie o „tu i teraz” przesunęło mnie o milowy krok na drodze przez kolejne lata i wyścigi.

Tak rozmyślając dotarłem do wieczornej, 15-minutowej przerwy na posiłek (mieliśmy 3 przerwy w ciągu doby), aby przebrany i najedzony ruszyć na nocny podbój i zaliczyć kolejny szczyt położony 1100 metrów wyżej.

mms_20160828_220439

Foto: Michał Dąbski (gdzieś między pokrzykiwaniami „Jedziesz swoje!”, „Nie goń go!”…)

Race Around Austria 2016 – odc. 3 – Winnice i ucieczka przed Christophem

Trzeci dzień wyścigu był całkiem łaskawy w kwestii pogody. Nie padało. Moja najlepsza, świeżo zakupiona kurtka i właściwie niemal jedyna, której używałem, czyli Assos Sturm Prinz, mogła ode mnie odpocząć. Poza nią korzystałem tylko z bardzo lekkiej, cieniutkiej i nieśmiertelnej żółtej wiatrówki w Decathlonu. Mam ją co najmniej od pierwszego startu w Bałtyk-Bieszczady, czyli 7-y sezon, a być może nawet dłużej. Obie mają bardzo dobre właściwości cieplne. Mimo, że pod kurtką jestem mokry, to nie czuję, że jest mi zimno.

Nogi kręcą dobrze, kontuzji brak. Wszystko idzie po mojej myśli. Najpierw wyprzedzam Austriaka. Właściwie wyprzedzam go dwa razy, bo raz zjeżdżam przez pomyłkę na nieobowiązkowy bufet organizatora (tracąc przy tym 2 minuty) i muszę gonić zawodnika ponownie. Generalnie na wyścigu nie ma bufetów i każdy zaopatruje się sam, jednak na trasie można spotkać 2-3 miejsca, takie „strefy kibica”, gdzie są organizatorzy, zorganizowane grupy kibiców, miejsce do odpoczynku i wyżerka. My jednak z zasady nie stajemy tam, żeby nie tracić czasu – po prostu mamy zaplanowane swoje punkty postoju.

Następny spotkany kolarz to także Austriak – Manuel Moravec. Wygląda na bardzo młodego, oczy ma przekrwione i jedzie dość nierówno. Zwalnia, przyśpiesza, staje na pedały, przestaje kręcić… Rozmawiam z nim trochę. Planuje sen, ale nie chciałby przegapić, kiedy wyprzedzi go Christoph Strasser, który jest oczywiście faworytem do wygranej, do rekordu trasy i w ogóle jedynym, niemal pewnym kandydatem do zdeklasowania całej stawki. W Austrii Christoph jest idolem, szczególnie wśród kolarzy. Nawet był w TOP10 najpopularniejszych sportowców kraju. Manuel opowiada mi o swoim występie w Glocknerman‚ie.  To zawody na dystansie 1000 km z przewyższeniami 19000m!!! (czyli 19m w górę na każdy kilometr). Dla porównania nasz wyścig Góry MRDP to odpowiednio 1122km i 15000m przewyższenia (13m/km, podobnie jak RAA). W przypadku RAAM jest to 10m/km.

Kiedy tak mijamy się z Manuelem, dzwoni Gosia. Bardzo cieszy mnie jej głos. Możemy swobodnie rozmawiać, bo telefon mam spięty przez bluetooth z systemem Cardo. Kiedy ktoś do mnie dzwoni, a ja słucham sobie mp3 z telefonu (też przez Cardo), słyszę dzwonek i mogę odebrać jednym przyciskiem na kasku. Oczywiście nigdy nie mam pewności, kto dzwoni. Na początku wyścigu odebrałem telefon z automatyczną sekretarką, która próbowała mi na promocji sprzedać miał węglowy i ekogroszek :). Tym razem na szczęścia dzwoniła Gosia. Przekazała mi dokładne wyniki wyścigu, który jestem, kto za mną, kto przede mną i jakie są różnice czasowe. Cenne informacje, bo apka organizatora była fatalna i naprawdę ciężko było z niej coś wyczytać.

Tymczasem powoli wkraczaliśmy w prawdziwe ściganie. Winnice przy południowo-wschodniej granicy zwiastowały pierwsze poważne wzniesienia. Jak to winnice, były położone na stokach. Stoki nie były duże, ale za to teren mocno pofałdowany, więc  jeździliśmy góra-dół-góra-dół. Trzeba było dobrze to zaatakować technicznie.  Za każdym razem musiałem zdecydować, czy dokręcać na zjeździe, żeby wtoczyć się na kolejne wzniesienie, czy raczej oszczędzać nogi.

Pisałem już, że pod górkę jechałem 40W więcej niż po płaskim. Za to na zjazdach starałem się nie dokręcać. Dlaczego? Przeczytałem o tym u Joe Friel’a („Podręcznik treningu z miernikiem mocy”). Chodzi o to, że przy większej prędkości (np. na zjeździe) opór powietrza jest odpowiednio większy, w związku z tym dodatkowa moc przeznaczona na pokonanie go jest mniej efektywna niż w sytuacjach, gdy prędkość jest mniejsza np. na płaskim a w szczególności na podjeździe.

Między winnicami spotkałem „starego znajomego” – Hiszpana. Javier Iriberri Villabona – tak brzmi jego imię i nazwisko. Właśnie mnie dogonił. Na podjazdach był rzeczywiście dobry. Niski – zdaje się około 160cm. Drobny. Ubrany w „orzeszek” Movistaru. Podjazdy pokonywał w stylu Contadora, czyli na stojąco, mocno bujając rowerem.

Przez te winnice jadę już trzeci raz i zawsze jestem zachwycony tym krajobrazem i bogatymi gospodarstwami przyległymi do zadbanych, równo posadzonych rzędów winorośli. Jednak tym razem czerpanie paliwa z krajobrazów przeplatało się w mojej głowie ze świadomością, że oto już niedługo pojawi się za mną mistrz Strasser i dobrze by było ten moment jak najbardziej opóźnić. Przejechaliśmy nieco ponad 800 kilometrów. Christoph wyruszył 14 godzin po pierwszym zawodniku (13,5h po mnie) i teraz połyka kolejno stawkę. Ten pierwszy odcinek jedzie naprawdę szybko. Jest kilkadziesiąt kilometrów za mną. Ja jadę już półtorej doby, on – 24h.

13935137_894483943989991_3753044880363485292_nFoto: Ultrakolarz Crew Team

Race Around Austria 2016 – odc. 2 – Start i pierwsze problemy

Zanim stanąłem na starcie, zapodałem kolejną drzemkę. W końcu ruszamy o 18:28 i cała noc przede mną. Po przebudzeniu miałem kilkadziesiąt minut do startu. Czułem się spokojny, spowolniony i zrelaksowany. Jednak im było bliżej godziny „0”, tym bardziej zaczęło rosnąć we mnie poddenerwowanie i niepewność. O moją dyspozycję, o ekipę, o sprzęt…

Kiedy już wziąłem rower i zbliżyłem się do rampy startowej, mając kilka minut do wyruszenia w drogę, uczucie zmieniło się w oszołomienie. Energia rosła, ale byłem jakby w bańce, do której nie wszystko docierało. Zaraz za mną stał Alex Greisberger, którego poznałem kilka lat temu. Wpadłem mu w ramiona a potem przemieściłem się na rampę.

Na minutę przed startem krótki wywiad. Pytali mnie o Everesting. Padał deszcz. Czułem, że potrzebuję podnieść trochę poziom energii i zacząłem coś krzyczeć do widowni. W zasadzie, przez to opóźniłem o kilka sekund swój start. Sędzia musiał  mi przypominać, że już mogę jechać 🙂

Niedługo potem pożyczona koza zaczęła wydawać z siebie jakieś stuki. Na szczęście jechała. Do czasu, kiedy nie nawaliła przednia przerzutka. Wkurzyłem się, a tymczasem wyprzedził mnie Alex. Stanęliśmy, żeby chłopaki to poprawili – wyprzedziło mnie 4-5 zawodników. Nie udało się – dostałem w zamian Treka i poszło bez problemów.

Po 4 godzinach i 115km jazdy stanęliśmy na masaż, jedzenie i przebranie. Nie tyle mi była potrzebna ta przerwa, co chłopakom na reaktywację Ordu.

Po tej interwencji szło nadzwyczaj dobrze. Na kozie jechałem o 10% szybciej niż jechałbym na Treku. Siodło nie moje, ale przynajmniej oszczędzałem tyłek w miejscach, w których na kolejnych kilometrach rzeźbiło mi SMP Lite 209.

Teren był pagórkowaty i przewyższenia stopniowo rosły, jednak cały czas dało się ogarniać to rowerem czasowym. Kolejny postój mieliśmy po 12 godzinach od startu. Bez snu – tylko odpoczynek w pozycji leżącej.

W pierwszą dobę zrobiłem 575km. Prawie wyłącznie na Ordu. W sumie na dobre zmieniłem rower na Treka dopiero po 30h. Nie miałem problemów z agresywną geometrią Orbei, mimo że wcześniej niewiele jeździłem na niej i w ogóle nie miałem doświadczenia z rowerem czasowym.

Pytaliście o ustawienia roweru na długie dystanse. Zawsze robię Body Geometry Fit u Wojtka Marcjoniaka w Airbike. Ogólnie rzecz biorąc ustawiamy pozycję, która jest kompromisem między efektywnością jazdy a komfortem ze wskazaniem na komfort. Co z tego, że miałbym agresywną pozycję, jeśli w trakcie wyścigu nie dałbym rady jej utrzymać ze względu na ból kręgosłupa lub Shermer’s Neck? Jednak z roku na rok jestem w stanie dłużej trzymać  pozycję aero. Na początku robiłem to przy pomocy lemondki, teraz zdecydowałem się na rower czasowy na pierwszą część trasy. Na pewno nie ma uniwersalnej pozycji dla każdego ultrasa. Kwestia indywidualna. Do pozycji aero trzeba się wytrenować, a przede wszystkim warto robić fiting, najlepiej co roku.

Wracając na trasę… po 30h miałem 90 minut snu. Udało się zasnąć, chociaż jak zwykle płuca gwizdały, serce waliło i towarzyszył mi znajomy odruch kaszlu. Spałem z przerwami a co do kaszlu, to Jacek mnie na bieżąco osłuchiwał, żeby wykryć ewentualne zapalenie. Na szczęście nic takiego się nie pojawiało.

Po pierwszym śnie zacząłem usadawiać się ponownie na siodełku. Po przerwie zawsze jest z tym problem i trochę wiercenia się. Kiedy opanowałem punkt styku z siodłem, okazało się, że nie jestem w stanie cisnąć z założoną mocą.

Tu czas na przedstawienie taktyki jazdy. Tak, jechałem na moc. Tętno niestety dryfuje w dół po kilkuset kilometrach i ciężko się na nim opierać. Moc jest lepszym wskaźnikiem do planowania jazdy. Na podstawie doświadczeń określiłem sobie plan:

1-a godzina: 180W po płaskim, (+40W pod górkę)

kolejne 2 godziny: 170W po płaskim (+40W pod górę)

kolejne 4 godziny: 160W po płaskim (+40W pod górę)

kolejne 8 godzin: 150W po płaskim (+40W pod górę)

kolejne 16 godzin: 140W po płaskim (+40W pod górę)

kolejne 32 godziny: 130W po płaskim (+40W pod górę)

kolejne 64 godziny: 120W po płaskim (+40W pod górę)

To był strzał w dziesiątkę. Udawało się tego trzymać i wyprzedzać zawodników jadąc swoim tempem. Zauważałem też, że inni kolarze, kiedy się do nich zbliżałem świadomie/podświadomie przyśpieszali, czyli wychodzili ze swojego tempa. Kiedy jechałem 180W pod górkę dojechałem do Hiszpana, kiedy zrównałem się z nim licznik zaczął mi wskazywać 210W, więc się wycofałem za niego. Po czym on znowu zwolnił i zabawa od nowa…

Plan realizowałem bez przeszkód właśnie do czwartkowego ranka, kiedy po ponad 30h jazdy i śnie stwierdziłem, że system przestał działać i brakuje mi sił, żeby wejść na założone waty.

Kilka porannych godzin zajęło nam rozkminienie, że po prostu brakuje mi stałego pokarmu (izotonik, żele i nutridrinki okazały się za małym dostarczycielem węglowodanów). Powinniśmy byli zarzucić makaron/ryż nie tylko przed pójściem spać, ale też po przebudzeniu, bo ta porcja przed snem wystarczyła widocznie tylko na regenerację.

Temat załatwiliśmy paroma batonami i poszło!

13939619_892643134174072_6204689898029881057_n

Foto: ktoś od organizatora RAA 😉

Race Around Austria 2016 – odc. 1 – Przed startem

Na start do Race Around Austria Solo 2200km non-stop wyjechaliśmy w sobotę 6 sierpnia, czyli na 3 dni przed wyścigiem. Ja z Michałem, Maćkiem i Kubą wyruszyliśmy rano busem. Jarek z Piotrkiem, Jackiem i Zbychem jechali kamperem i dotarli na miejsce w niedzielę.

Jednym zdaniem nasza załoga na RAA to kolarz i siedmiu facetów jako Crew Team, podzielonych na dwa mniejsze zespoły w 2 autach. Ekipy wymieniały się miedzy busem a kamperem, bo w tym drugim był czas na odpoczynek a w busie praca była intensywniejsza. Bus to pacecar, czyli jazda zaraz za kolarzem albo w trybie leap frog (wyprzedzanie kolarza, zatrzymanie na poboczu, poczekanie aż kolarz wyprzedzi itd). Zadania tego zespołu to głównie nawigacja, karmienie, serwis rowerowy, kontakt z kolarzem i ew. pomoc w przebraniu. Ekipa kampera miała zadanie jechać do przodu na miejsce planowanego postoju (przewidzianego na przebranie, jedzenie, masaż, ew. sen) oraz zrobić pranie i jedzenie. Tych zadań było zapewne więcej, ale to już musicie pytać chłopaków – ja nie byłem wtajemniczany we wszystko, miałem swoje własne zadanie – jechać 🙂

Sprzęt rowerowy przygotował mi Maciek z Roadbike’a a serwisem zajmowali się także Piotrek i Kuba. Korzystałem z pożyczonego od Grześka z Siedlec roweru czasowego Orbea Ordu na kołach Jagu i oponach Specialized Turbo oraz swoich Treków Domane z lemondkami na kołach Spinaro wyposażonych w szytki. Dodatkiem oszczędzającym waty był ceramiczny suport. Siodło sprawdzone – SMP Selle Lite 209. Lampy – niezmiennie od lat – Mactronic Bike Pro Noise.

Ważnym elementem był licznik Garmin Edge 1000 z nawigacją (jako uzupełnienie tej z auta), pulsometrem i pomiarem mocy Garmin Vector na oba pedały. Licznik był wspomagany powerbankiem, więc finalnie udało nam się zapisać dane z wyścigu w jednym kawałku.

Na pokładach aut mieliśmy na tabletach oprogramowanie naviro.net napisane przez Jarka, dzięki któremu Crew Team mógł się m.in. (bo to niezły kombajn, pisany od 5 lat,  idealny na ultrawyścigi – Jarek, kiedy zaczniesz go sprzedawać kolarzom?) nawigować, śledzić statystyki i postęp jazdy vs plan, sprawdzać prognozę pogody i lokalizować wzajemnie oba nasze auta. Samochody były dodatkowo wyposażone w przetwornice prądu, żeby obsłużyć całe zapotrzebowanie na zasilanie koguta na dachu, szczekaczki, telefonów, tabletów, ładowanie lamp i Cardo (systemu do łączności kolarza z autem i komórką) oraz dostępu do Internetu (mieliśmy rutery z austriackimi simami), aby chłopaki mogli sprawdzać wyniki wyścigu na bieżąco i pisać, słać foty i filmy na Facebooka.

Jacek (ratownik medyczny, masażysta i fizjoterapeuta) zabrał ze sobą całe niezbędne wyposażenie medyczne. Podejrzewam, że mieliśmy nie wiele mniej niż to co mają w karetkach 😉  „What the f..ck – Jacek! Co to są za worki z zamkiem błyskawicznym?!?! 😉 A na serio – przydało się trochę tych rzeczy, np. folia NRC i lód w spray’u.

Do tego mieliśmy kilka pudeł ubrań oraz jedzenie (w tym woda, izotonik, kawa, nutridrinki, żele, batony i półprodukty do przygotowania stałych pokarmów). Kamper był wyposażony w kuchnię, sypialnię i łazienkę z prysznicem, co pomagało w sprawnym zorganizowaniu przerw i sprzyjało szybkiej regeneracji przed dalszą jazdą.

Zatrzymaliśmy się w hotelu kilkaset metrów od startu, żeby ułatwić sobie logistykę. Od momentu wyjazdu do samego startu towarzyszył mi Michał, który zdejmował ze mnie wszystkie sprawy, decyzje i wątpliwości. Po prostu dbał o mój komfort i organizował mi relaks. Moim zadaniem było wysypianie się (przez 3 doby przed startem spałem 30 godzin), odpoczynek (oglądanie Olimpiady), jedzenie (ładowanie węglowodanów) i trening…

W związku z przygotowaniami sprzętu i dojazdem do Austrii wypadły mi dwa treningi (piątkowy i sobotni), więc pozostał do wykonania niedzielny (3 godziny na zmianę po 0,5h w tempie i w wytrzymałości) plus poniedziałkowy (regeneracja 1,5h). Oba pojechałem zgodnie z początkiem trasy wyścigu.

raa austria 06-15.08.2016 019 — kopia

Foto: Jacek Siudziński (stylówa – Jacek Siudziński)

RAA 2016: 8 miejsce z czasem 114:52:32

W niedzielę 14 sierpnia 2016 wraz z 7 osobowym teamem wspierającym dotarliśmy na metę Race Around Austria. 8 miejsce na 20 startujących (kat. Extreme Man) to spory progres od ostatniego uczetnictwa w tym wyścigu 3 lata wcześniej. Wtedy z czasem 132:51:00 nie zmieściłem się w limicie czasu.13958099_10153813375528807_1505282718264036685_o

 

Trening 48h w górach

W sobotę tydzień temu na treningu zaliczyłem szlify. Żebra bolą i coś strzyka. RTG i USG nic nie wykazały, więc we wtorek podjąłem decyzję, że jedziemy na planowany długo wcześniej trening 48h w dniach 3-5 czerwca (piątek-niedziela) trasą Góry MRDP .

W ekipie Jarek, Kuba i Zbyszek – sprawdzona gwardia. Do dyspozycji bus. Nie mieli chłopaki łatwo, bo 2 doby we trzech na szychcie, to dużo roboty i mało czasu na odpoczynek.

Założyłem sobie cel – średnia moc na każdym z początkowych odcinków czasu: 45min, 1,5h, 3h, 6h, 12h, 24h i w końcu 48h. Nie wiedziałem, co na to moje żebra, więc postanowiłem (dzięki, Michał!) mieć zaufanie do siebie i reagować adekwatnie do zmieniającej się sytuacji.

Pogoda dopisywała non-stop, czyli zero burzy i zero deszczu. Start o 11:15 z Przemyśla. Na początku plan realizowałem na 100%. Fajnie się jedzie na mocy, bo jak masz cel wykręcić średnie waty, to wkurzasz się na zjeździe (średnia spada) i cieszysz na podjazdy (nadrabiasz).

Przed Ustrzykami spotkałem Roberta, który właśnie robił objazd trasy BBT. Potem jeszcze ze 3-4 ekipy sakwiarzy i sporo szosowców w Tatrach i na Górnym Śląsku.

Jak zwykle na trasie największy sentyment do Bieszczadów i trochę mniejszy, ale też – do Tatr.

Wszystko szło dobrze do 7h jazdy. Wtedy na postoju naciągając nogawkę poczułem ból żebra na plecach i tak już zostało do końca. Do 10h ten ból był znośny, ale potem było gorzej. Stanąłem na 15 minut – nic. Po przejechaniu 230km podjęliśmy decyzję o noclegu, Jarek sprawnie znalazł okazyjnie w Rymanowie Zdroju i po 6 godzinach snu byliśmy z powrotem na trasie, tam gdzie przerwaliśmy.

Nic nie wróżyło, że to się powiedzie i pierwsze 60km kolejnego dnia (sobota) walczyłem z bólem i myślami o przerwaniu akcji. przede wszystkim nie chciałem sobie pogorszyć zważywszy Race Around Austria za 2 miesiące i Everesting 1000xAgry za 2 tygodnie. Z drugiej strony – chciałem skorzystać z rzadkiej możliwości potrenowania w górach przed RAA.

Szczęśliwie ból odpuścił (albo ja się do niego przyzwyczaiłem). Dodatkowo na rower wsiadł Kuba, więc fajnie się jechało we dwóch. Śmignęliśmy Spisz i Tatry. Potem przyszła noc i Orawa, a następnie Krowiarki i rankiem strome płyty dziurkowane (tzw. gofry) przed Koniakowem. Po Istebnej, Kubalonce i Wiśle już tylko Górny Śląska i meta zaraz za Raciborzem (musieliśmy kończyć o 10:00 w niedzielę, żeby wrócić do domu przed końcem weekendu)

W sumie w drugim etapie machnęliśmy 480km i w sumie 710km w czasie 47h, ale w zasadzie to było 36,5h (11h + przerwa + 25,5h). Wynik słaby, ale jak na jazdę w bólu i z założeniem maksymalnego wykorzystania możliwości treningowych w górach to jak najbardziej ok, nic więcej nie dało się tu zrobić, kiedy każde mocniejsze depnięcie może skutkować zwiększeniem rozmiaru kontuzji.

Foto: Kuba Putyło

Pierwszy Kongres Kolarski, czyli jak to się robi w World Tour – część 5

Jedną z ciekawszych prezentacji miała Adrie Visser. Już tytuł jest mi bliski, bo w ultrakolarstwie to hasło jest szczególnie aktualne.

Wystąpienie poprzedził pokaz slajdów z muzyką pełną emocji w tle. Na zdjęciach upadki i cierpienia krzyżowały się ze zwycięstwem i radością. Bardzo ciekawy pomysł na zrobienie atmosfery przed właściwym wykładem.

Adrie pochodzi z Holandii i ma za sobą bogatą karierę kolarki torowej, przełajowej i szosowej.

 

Jej sposób na zwycięstwo to połączenie kondycji fizycznej z siłą mentalną. Adrie odzwierciedla to na czteropoziomowej piramidzie.

Jeśli dobrze to rozumiem, w tej koncepcji kondycja fizyczna jest bazą, na której nadbudowuje się pozytywne emocje, następnie skupia się oba te elementy jako paliwo do realizacji celu. Na najwyższym poziomie Adrie stawia „duchowość”, która pomaga jej w codziennej motywacji i determinacji na drodze do celu.

 

Kolejny element tej układanki to 4 filary mentalnej kondycji sportowca:

  1. radzenie sobie ze stresem
  2. wiara w swoje możliwości
  3. odpowiednia motywacja do celu
  4. koncentracja tylko na sprawach istotnych do osiągnięcia celu

 

 

Pierwszy filar to umiejętność kontrolowania stresu i wykorzystywania go na swoją korzyść. Albo stres rządzi Tobą albo Ty korzystasz z jego dobrodziejstw.

 

Stres to nic innego jak energia, która się pojawia i może być destrukcyjna lub konstruktywna. Ludzie mają różne charaktery i różnie reagują na świat zewnętrzny, który dostarcza nam energii. Adrie proponuje, aby poznać nieco swoją osobowość i rodzaje energii, które na nas działają przy pomocy testu badającego Myers-Briggs Type Indicator (MBTI). Wskaźnik służy do określenia jednego z 16 typów osobowości. Poznanie swojej osobowości pomaga w zrozumieniu, jak czerpiesz energię i jak ją oddajesz. Więcej na ten temat: https://pl.wikipedia.org/wiki/MBTI

 

Drugi filar to wiara we własne umiejętności, czyli co wiesz o sobie na 100%, jaki jesteś, na jakich swoich cechach możesz budować sukces i w jakim stopniu masz do tego wszystkiego zaufanie. Czy uznajesz to za pewnik, czy masz wątpliwości i musisz nad tym pracować. Ja to nazywam „stałym paliwem”, z którego mogę czerpać w trakcie wysiłku – np. „skoro jestem wytrzymały, to znaczy, że pojadę dalej w tym tempie”, „jeśli jestem skuteczny, to znaczy, że podjęta decyzja taktyczna zadziała dobrze” – i koniec wątpliwości, koniec myślenia, jedziemy swoje! To mi  przypomina efekty współpracy z moim trenerem mentalnym Michałem Dąbskim http://www.trening-mentalny.pl/

 

Kolejna rzecz to motywacja. Jak daleko jesteś w stanie się posunąć, żeby zrealizować swoje marzenia? Co jesteś w stanie poświęcić, aby osiągnąć cel? Czy robisz to z „głębi serca”, czy Twoja motywacja pochodzi z zewnątrz, np. od innych ludzi?

 

Ostatnia sprawa to utrzymanie koncentracji na myślach i działaniach, które się przekładają na wynik i odpuszczenie sobie wszystkich innych, które są zbędne, zabierają czas, energię i rozpraszają. Przydatna umiejętność w tej materii to monitorowanie poziomu zaangażowania/aktywności na skali i aktywne korygowanie tego poziomu, jeśli trzeba („czy jadę aktywnie, czy ze zmęczenia wiszę na ramie na zjeździe?”, „czy niepotrzebnie się podpalam na początku i zapłacę za to na finiszu?”). Drugi aspekt, to zarządzanie własnymi myślami – ignorowanie tych „dołujących” i generowanie tych „pozytywnych” (paliwo!). Tu znowu dodałem coś od siebie – po obejrzeniu wystąpienia Adrie w głowie pojawiły mi się odniesienia do własnych doświadczeń.

 

Na koniec – informacja jak Adrie radzi sobie po zakończeniu kariery sportowca. Dyplom z zarządzania w sporcie, współwłaściciel firmy, kierownik produktu, dyrektor sportowy, komentator telewizyjny i ambasador fundacji. Jak widać siła mentalna pomaga także w odnalezieniu się w innych sferach życia. Brawo!

Pierwszy Kongres Kolarski, czyli jak to się robi w World Tour – część 4

Drugi dzień kongresu rozpoczęła ponownie Hannah Grant. Tym razem skupiła się na tym, co kolarze jedzą przed startem i po etapie.

W trakcie Touru normą jest przyjmowanie 5-6 tys. kilokalorii na dobę. Na śniadanie kolarz je tyle, ile zwykły człowiek przez cały dzień. Od tego posiłku do startu etapu powinny minąć 3 godziny. Co kolarz wtedy je? Jest kilka scenariuszy. Zależą one od indywidualnych przyzwyczajeń zawodnika. Najpopularniejsze z nich to:

A. makaron + omlet + szynka

B. ryż + oliwa + omlet + szynka

C. owsianka

Hannah rekomenduje ostatnią opcję. Tłumaczy to niskim indeksem glikemicznym owsianki. O tym wskaźniku możecie przeczytać tu:

http://dieta.mp.pl/zasady/show.html?id=68179

W skrócie – chodzi o to, aby przed wyścigiem nie przyjmować węglowodanów o wysokim indeksie, ponieważ one się szybko „wypalają” i organizm łaknie kolejnego jedzenia. Przykładem są soki albo smaczne croissanty – powszechnie lubiane śniadaniowe przysmaki. Zamiast tego lepiej skorzystać z węglowodanów o niskim indeksie, które będą stopniowo przekształcać się w energię podczas wyścigu.

Przed samym startem dobrym pomysłem będzie zjedzenie banana i wypicie kawy na pobudzenie. Słodkości – tylko w trakcie jazdy na rowerze. Właśnie dlatego, że mają niski indeks.

Bardzo ważnym posiłkiem jest ten przyjmowany bezpośrednio po etapie. Najlepiej w ciągu pierwszych 20 minut. Jego celem jest skrócenie regeneracji (potrzebne białko) i rozpoczęcie odbudowy magazynów glikogenowych (potrzebne węglowodany). Przyda się szejk proteinowy. Z wykładu Hannah nie bardzo to wynikało, ale po lekturze Friela http://lubimyczytac.pl/ksiazka/181273/dieta-dla-aktywnych zasugerowałbym kolejność następującą:

1. nawodnienie+węglowodany (izotonik)

2. regeneracja (szejk białkowy)

Z tego, co opowiadali kolarze Tinkoffa, na tapecie po etapie są także żelki Haribo, żeby szybko dostarczyć węglowodanów w postaci cukrów.

Po takiej przekąsce Rafał Majka bierze prysznic i idzie na masaż, a następnie konsumuje kolacje regeneracyjną, aby uzupełnić stracone kalorie podczas etapu.

Potem sen i śniadanie, czyli koło się zamyka…

Tyle o diecie. Kolejny prelegent to współorganizator kongresu, czyli Arek Wojtas. Opowiadał o masażu i pracy fizjoterapeuty na wyścigu World Tour.

Masaż – każdy wie, po co jest. Ma za zadanie – za pomocą czynności mechanicznych masażysty – poprawić sprężystość mięśni, aby podczas kolejnego etapu pracowały jak najbardziej wydajnie. Jeśli chodzi o fizjoterapię, to mamy do czynienia z następnym etapem, czyli korekcją sylwetki w zakresie bardziej ogólnym. Oprócz mięśni chodzi także o powięź, stawy, układ kostny a także krwionośny.

W tym ostatnim przypadku po etapie stosuje się okłady z lodu, aby obkurczyć naczynia krwionośne nadwyrężone podczas wysiłku. Popularna jest także krioterapia.

Masaż to również czas relaksu dla kolarza. Moment, w którym ten może się wyciszyć albo wyrzucić z siebie emocje całego wyścigowego dnia. Może znaleźć ukojenie w rozmowie z masażystą. Może poukładać sobie w głowie myśli, uspokoić się i zebrać siły mentalne na walkę w kolejnym dniu. Jest to czas, kiedy nikt inny (może poza nadaktywnymi dyrektorami sportowymi, którzy wchodzą bez pytania do pokoju kolarza) nie wchodzi w relację zawodnik-masażysta. Tak właśnie było z Rafałem i Arkiem. Już przez 5 miesięcy przed ostatnim Giro spędzali z sobą dużo czasu i Arek był dla Rafała psychiczną podporą. Nawet podczas kongresu widać tą przyjaźń. Arek opowiadając o tym powstrzymuje wzruszenie a Rafał często opowiada historie związane z Arkiem, mówiąc o nim „Aruś”. Jestem przekonany, że takie wsparcie przekłada się pozytywnie na wynik sportowy.

 

 

 

Pierwszy Kongres Kolarski, czyli jak to się robi w World Tour – część 3

Na ostatni wykład pierwszego dnia czekałem z dużymi nadziejami. Analiza danych z licznika kolarza, to coś co mnie interesuje i czym się zajmuję na co dzień, pracując z moimi zawodnikami i planując im treningi. Autorem wystąpienia był Tomasz Czapelski, z ekipy Tinkoff i studiujący fizjologię na Uniwersytecie w Maastricht.

Na początek – podstawy. Co to jest moc i ile watów w danym czasie kolarz może wygenerować:

 

Dalej – funkcjonalna moc progowa (FTP), czyli najwyższa moc jaką dany kolarz jest w stanie utrzymać przy jednostajnym wysiłku trwającym 60 minut.

Następnie VO2Max, czyli maksymalny minutowy pobór tlenu w ml na kg masy ciała. Więcej możecie przeczytać pod poniższym linkiem. Są tam również normy dla kobiet i mężczyzn w różnym wieku. Od razu uwaga ode mnie do zawodników celujących w długie dystanse – nie martwcie się swoimi poziomami VO2Max, jeśli nie są zbyt wysokie. Sam mam ten wynik poniżej przeciętnej, co nie przeszkadza w osiąganiu wyników w tej dyscyplinie. Natomiast oczywiście warto pracować nad tym wskaźnikiem u siebie, szczególnie, aby zmniejszać jego mianownik, czyli masę ciała.

http://treningbiegacza.pl/vo2max-zwykly-wskaznik-i-jego-niezwykle-mozliwosci

I jeszcze wynik Pawła Poljańskiego…. 🙂

 

Kolejny punkt dotyczył efektywnej kadencji pedałowania. Niestety ta część wykładu nie trafiła do mnie w prezentowanym wydaniu, więc postanowiłem coś wyszukać dla Was w Internecie. Po krótkim searchu polskiej sieci odnalazłem poniższy artykuł, który zawiera konkretne badanie z uwzględnieniem faktu, że nie ma optymalnej kadencji, a trzeba ją dopierać do danego obciążenia. Zachęcam do lektury a także do testowania na sobie. Dobrze takie testy robić na trenażerze albo z pomiarem mocy albo jedno i drugie na raz 🙂

http://akademiatriathlonu.pl/rower/poradnik/rower/1172-poradnik-kadencja

Tomek poruszył także temat, co tak naprawdę dzieje się w organizmie podczas treningu? Jak adaptujemy się do wysiłku? Co trenujemy? Jakie mierzalne parametry zwiększamy? Mamy to na poniższym zdjęciu:

Wszystkie te wskaźniki mają wpływ na to, jaki wysiłek w czasie w treningu będziemy w stanie wykonać. Ja sprawdzam sobie 3 z tych wartości: liczbę mitochondriów – podczas badania krwi w centrum medycznym, a maksymalny pobór tlenu i uwalnianie mleczanu – na badaniach wydolnościowych w Olimpiakosie (http://www.olimpiakos.org.pl/) – podpowiedź dla Warszawiaków 🙂

Było też o regeneracji, a dokładniej o potrzebie odnowy zapasów glikogenu (pamiętajcie o węglowodanach zaraz po wysiłku!) oraz o nawodnieniu. Właściwie nie dotyczy to tylko nawyków po treningu czy wyścigu, ale także w trakcie. Szczególnie jest to ważne w ultrakolarstwie, gdzie wysiłek może trwać kilkadziesiąt lub nawet kilkaset godzin a pożywienie i napoje muszą być dostarczane do organizmu w trybie ciągłym. Moje spostrzeżenie jest takie, że ludzie, którzy przyjeżdżają na 5-6 godzinne treningi mają ze sobą za mało picia. Na taki wysiłek nie wystarczy jeden bidon. Wczoraj ktoś się dziwił, że wziąłem ze sobą na Pętlę Kopernika 2 bidony. Ja naprawdę podczas 2,5h jazdy straciłem 1,5 litra płynów. Polecam zrobić krótki test:

1. zważyć się przed treningiem

2. zważyć się po treningu

3. odjąć drugą wartość od pierwszej – uzyskany wynik to ilość płynu, którego było za mało na treningu 🙂

BTW – polecam na dłuższe treningi zabierać także jedzenie i co godzinę od  3-ej godziny aplikować sobie batona, żela, banana lub garść orzechów czy suszonych owoców.

A teraz fakty znalezione na Human Kinetics. Są różne badania (i różne wyniki) dotyczące wpływu odwodnienia na wydajność sportowca. Np. jedno z nich pokazuje, że spadek masy ciała o 5% z powodu odwodnienia to spadek efektywności o 30%. Jest to ekwiwalent sytuacji, kiedy kolarz o masie 80kg straci 4 litry płynu. Więcej badań pod linkiem:

http://www.humankinetics.com/excerpts/excerpts/dehydration-and-its-effects-on-performance

W dalszej części Tomek pokazywał zapisy wysiłku Pawła Poljańskiego na słynnym 15-ym etapie tegorocznej Vuelty, który kończył się dużym podjazdem i na którym Paweł urywał kolejnych zawodników, aby doprowadzić Rafała Majkę na wysokiej pozycji na metę. Dane widzimy w systemie Training Peaks, który uważam za najlepsze narzędzie do monitorowania i planowania treningów.

Poniżej materiał dla wtajemniczonych i dobrze widzących 😉

(Podsumowanie Vuelty. Wartość TSS=100 oznacza 1 godzinę „spędzoną” na poziomie mocy FTP, czyli możemy sobie wyobrazić, że Vuelta to wysiłek równy 30-u godzinnym czasówkom)

(Etap 15-y liczył 176 kilometrów – http://www.lavuelta.com/la-vuelta/2015/us/stage-15.html – Paweł trochę za wcześnie włączył albo za późno wyłączył licznik. Być może workout uwzględnia rozjazd po etapie. W każdym razie widać dużą górę na koniec i łączny wysiłek w ilości TSS=298,8. Co ciekawe Paweł jechał oszczędnie, najwięcej czasu spędził w strefie 1, czyli regeneracyjnej. Przez większość etapu był w peletonie, aby na koniec „dać czadu” pod górę)

(Paweł ma strefę regeneracyjną do 212W – pozazdrościć! Na tym etapie przez minutę był w stanie utrzymać średnio 479W, a przez 5 sekund ponad 760W)

(Wybrany przykładowy odcinek 570m na ostatnich 2km miał 12,2% nachylenia. Paweł atakował go przez 145 sekund ze średnią mocą 414W i kadencją między 69 a 90. Było 70 metrów w pionie czyli 3 Agrykole – dla wtajemniczonych w stołeczne „góry”)

Wykład mnie tak zelektryzował, że na koniec sfotografowałem mini-bibliografię:

Dzięki za to Tomku i Pawle!

Wiem, że dziś niektórzy kolarze z rezerwą podchodzą do takich analiz. Są tacy, co nawet zaklejają liczniki, żeby się koncentrować na słuchaniu własnego organizmu i na walce, a nie „cyferkach”. Zapytałem, jak tego typu dane są wykorzystywane podczas wyścigu. Paweł powiedział, że trenerzy zbierają je i analizują, podpowiadając kolarzowi, czy w następnym dniu będzie miał siłę na poważniejszą akcję czy też nie. Natomiast niekiedy te sugestie nie do końca pokrywają się z wewnętrznym głosem organizmu, z realnym samopoczuciem kolarza. W Tinkoff pionierem podejścia analitycznego jest Bobby Julich – były znakomity kolarz.

Jestem przekonany, że z roku na rok metody analityczne będą coraz doskonalsze, a modele bardziej zbliżone do rzeczywistości. Także więcej problemów taktycznych będzie można rozwiązać przy pomocy analizy danych. Już teraz ekipa Sky zatrudnia analityka (data scientist) specjalizującego się w łączeniu wielu danych z różnych źródeł, aby podpowiadać, kiedy należy zacząć pogoń za ucieczką, aby dojść ją w odpowiednim momencie (czyli na kilkaset metrów przed kreską) albo w jakiej kolejności i na jaki czas powinni wychodzić na zmianę kolarze podczas drużynowej jazdy na czas. Takie precyzyjne odpowiedzi można uzyskać, analizując megabajty danych treningowych, danych fizjologicznych, pogodowych, danych o ukształtowaniu terenu itp. Dla mnie jest to niezmiernie ciekawe i wciąż drążę ten temat…

 

Pierwszy Kongres Kolarski, czyli jak to się robi w World Tour – część 2

Po spotkaniu z fizjologią czas na dietę. Z wykładu Katarzyny Wójs dowiedziałem się m.in, że o ile olej lniany jest zdrowy, to trzeba pamiętać, żeby trzymać go w ciemnej butelce i tylko w lodówce do 3 tygodni po otwarciu. Dodatkowo – to co ważne dla nas kolarzy, warto unikać mleka i produktów zbożowych, aby ograniczyć niewydolność oddechową np. na długich podjazdach. Alergie „pyłkowe” są powiązane z alergiami pokarmowymi.

Popatrzcie na poniższy slajd! Nasze jelita żyją, mają gości specjalnych i potrzebujemy tych gości karmić takimi składnikami:

Jako gwiazda kongresu pojawiła się Hannah Grant, szefowa kuchni Tinkoff i autorka książki Grand Tour Cookbook oraz gospodyni programu kulinarnego w duńskiej telewizji. Czołowy zespół zdecydował się ją zatrudnić, aby wypracować przewagę nad konkurencją poprzez uważniejsze konstruowanie diety zawodników i kształtowanie ich jedzeniowych nawyków.

Jej filozofę kuchni kolarskiej dobrze prezentuje poniższy slajd:

Kolarz w trakcie 3-tygodniowego grand touru pochłania około 120 000 kcal, więc lista zakupowa jest długa…

Zmiana zwyczajów kolarzy nie jest prosta, więc mimo iż Hannah namawia ich na ryż i owsiankę, to zawsze musi być na stołówce dostępny makaron, chociaż szefowa go odradza! Jak bardzo poważnie Tinkoff podchodzi do żywienia świadczy fakt, że zespołowi towarzyszy całkowicie wyposażona kuchnia-ciężarówka

Podczas konferencji często przewijał się motyw imbiru, którym kolarze wznoszą toasty między etapami, zamiast kieliszkiem wódki. Wrażenia podobne, ale imbir zdrowszy! Rafał Majka także wspominał, że podczas chłodnego, zimnego etapu dostał z auta bidon z imbirem i rozpalony od środka przyśpieszył finiszując w czołówce. W domu mamy wyciskarkę, więc sam też zacząłem robić sok z imbiru – efekty wspaniałe (rzeczywiście rozgrzewa i dodaje energii przed treningiem, ale trzeba uważać na jego moc!).

Po Hannah na scenę wstąpiła Eugenia Bujak, która opowiadała swoją drogę do kolarstwa zawodowego i pokazywała jak trudne jest codzienne życie kolarki choćby z powodu małych pieniędzy, które towarzyszą kolarstwu kobiecemu.

Światełkiem w tunelu była informacja, ze w tym roku odbędzie się Tour de Pologne Kobiet, a dodatkowo Czesław Lang potwierdził, że trasa wiedzie przez góry, czyli będzie widowiskowo!

Bardzo ciekawe było spotkanie z Tomkiem Marczyńskim, podwójnym Mistrzem Polski, który właśnie zmienia barwy z małej drużyny tureckiej na zespół World Tour’u. „Maniek” mieszka obecnie w Sierra Nevada, więc duże góry ma zaraz po wyjściu z domu. Sezon treningowy rozpoczął 10 listopada i aktualnie jeździ po 3h dziennie. Tomek nie znosi bezczynności i w okresie przejściowym (między sezonami) aktywnie spędzał czas na siłowni, pracując nad core stability. Ćwiczył także pilates, który bardzo lubi.

Kolejna sesja dotyczyła bike fittingu i była prowadzona przez ekspertów Specialized Body Geometry. Zobaczcie jak wygląda nowa maszyna, na której możecie się ustawiać.

Pierwszego wieczoru kongres zdominowali polscy kolarze Tinkoffa: Rafał Majka, Maciej Bodnar i Paweł Poljański. Było bardzo zabawnie, z humorem. Chłopaki komplementowali Arka – masażystę, kierowcę i dobrego, polskiego ducha zespołu, który dba o morale w trudnych chwilach a tutaj pełni rolę organizatora kongresu. Kolarze opowiadali, że w trakcie długich wyścigów, kiedy noce spędza się w przypadkowych hotelach, mają ze sobą własne materace, aby zadbać o komfort snu. Najobfitszymi daniami są wtedy kolacje, ale Rafał zawsze poprzedza wyżerkę solidnym masażem, który wykonuje Arek. Co ciekawe, mimo, że Hannah przekonuje kolarzy, żeby pozbyli się makaronu z diety, to jak widać nawet w przypadku Rafała nie jest to w 100% skuteczne. Zaraz po etapie, aby uzupełnić szybko kalorie, chłopaki wciągają żelki Haribo. Podsumowując wszystkie posiłki kolarz na wieloetapówce pochłania 3-4 tysiące kcal na dzień.

(Zgred, Poljan i Adam Probosz)

(Maciek Bodnar i Tomasz Jaroński)

W następnej części ciekawostki z analizy danych treningowych Poljana i co z tego wynika… stay tuned!